środa, 7 września 2011

Nam Sajgon i Sunanta


Byłam ostatnio w dwóch miejscach, które diametralnie różniły się od siebie cenami, poziomem obsługi i jedzeniem. I co ciekawe, satysfakcja była odwrotnie proporcjonalna od oczekiwanej.

Po pierwsze, restauracja tajska Sunanta, dobrze znana w Warszawie, o ugruntowanej, pozytywnej opinii. Słyszałam o niej same dobre rzeczy i zabrałam tam mamę na jej urodziny. Podobało mi się, że karta nie obezwładnia ilością dań, wystrój był całkiem jakbym była na Bali, nie było tłoku, choć obsługa nie kwapiła się do podejścia do nas. Wybrałyśmy tajską zupę rybną z trawą cytrynową o jednej papryczce ostrości. Potem ja zamówiłam zielone curry z wołowiny (znowu jedna papryczka) a mama ryż smażony z trzema rodzajami mięs i krewetką. Okazało się, że krewetek nie ma, nie wyjaśniono nam czy w zamian będzie więcej mięsa czy cena ulegnie zmianie (nie uległa). Ryż okazał się nie posiadać absolutnie żadnych warzyw, nic w stylu groszku zielonego, marchewki czy nawet kolendry, był słabo przyprawiony i zwyczajnie lepsze podają u tzw. 'chińczyków', i na pewno nie za 36 zł!
Moje dania były piekielnie ostre mimo jednej papryczki - nie żartuję wycisnęły ze mnie łzy, szumiało mi w uszach i prawie nie czułam smaku. Nie na tyle jednak, żeby nie czuć, że mięso jest żylaste a zupa to jedynie cienki bulion z 3 małymi kawałkami ryby i skorupką po krewetce na dnie...
Rachunek, ponad 140 zł przy całkowitym braku zadowolenia, a wręcz rozżaleniu, że nabito nas wyraźnie w butelkę. Już udało mi się kogoś odwieść od wizyty tam, i zamierzam tę niesławę szerzyć gdzie tylko się da.



I druga wizyta - w barze Nam Sajgon na Brackiej (przenosiny ze Stadionu X-Lecia), koło Między Nami Cafe. To wietnamska restauracyjka, w zasadzie jadłodajnia, sądząc po ilości przewijających się ludzi i rozmiarze lokalu - po której nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, jako że nie w jednej takiej knajpie jadłam. I choć sporo mówi się o niemiłej obsłudze tam, mnie się nic podobnego nie przytrafiło. Karta wyjątkowo ograniczona jak na tego typu miejsce, za to te kilkanaście dań w różnych odmianach, to sama klasa. Mięso jest tu soczyste, miękkie, podawane z warzywami świeżymi a nie z mrożonki, ze świeżym selerem naciowym , kiełkami, kapustą pak choi, posypane dopiero co ściętą kolendrą. Dania podaje się na talerzach, z pałeczkami, sosami w porcelanowych podstawkach - no po prostu pychota. Próbowałam kilku dań, dwukrotnie makaronu smażonego z wołowiną, ryżu smażonego z kurczakiem, i zdaje się pieczeni - wszystko było bardzo pyszne, nie zalane sosem z glutaminianem sodu po którym zamieniam się w smoka wawelskiego. Podane sprawnie i szybko, i nie trzeba czekać na rachunek, bo płaci się przy zamówieniu. A ceny - po ok. 14-16 zł za danie, z piciem po 5 zł.
Niestety zdjęcia posiadam tylko z Nam Sajgon, w Sunancie nie miałam ze sobą aparatu:(

Przykład jak bardzo cena nie odzwierciedla w restauracjach jakości i starań właścicieli. Pozwoliłam się sobie wyżyć, bo warto polecać sobie fajne miejsca i ustrzec kogoś przed popełnieniem błędu.

Sunanta - Warszawa, ul. Krucza 16/22
Nam Sajgon - Warszawa, ul. Bracka 18

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza