Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cynamon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cynamon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lipca 2011

Czekoladowe z borówkami



Rzadko robię ciasta ostatnio. Przyczyna jest prosta, zjadam je potem sama i mam wyrzuty sumienia.
I niestety, podjadam słodycze gotowe. Wczoraj odwiedziłam stoisko Chocolate Company (jest w Galerii Mokotów i w Złotych Tarasach). Jakie tam mają pyszności! Czekolady podstawowych smaków, korzenne, waniliowe, z zatapianymi owocami kandyzowanymi i orzechami w miodzie. Do tego kostki czekoladowe z wbitymi w nie patyczkami, które można rozpuścić w kawie czy gorącym mleku. Czekolada w puszce do fondue, i geste smarowidła do wafli czy na grzanki - uwierzcie mi - Nutella wysiada przy tym! Tanio nie jest (mała kwadratowa czekolada to wydatek 15 zł, pasta czekoladowa kosztuje 35 zł), ale co jakiś czas można się na to skusić. Na dodatek sprzedawczynie pięknie pakują zakupy, więc to dobry pomysł na prezent.

Wracając do ciasta. Trudno zdecydować się z czym piec. Czereśnie, maliny, jagody - ja wybrałam borówki, ale można użyć też malin, bo nie puszczają tak bardzo soku.
Ciasto jest zwarte, nie kruszy się, a owoce tkwią w nim jak w oprawie. Świetne do kawy.

Czekoladowe ciasto z borówkami




Składniki:
1 czekolada 70% kakao
5 jajek
230 gr. masła
1/2 szklanki bardzo drobnego cukru
2/3 szklanki mąki pszennej
łyżka espresso
1 łyżeczka cynamonu, szczypta kardamonu
pół opakowania borówek amerykańskich
cukier puder do posypania

Przygotowanie:
Czekoladę, masło i kawę rozpuścić w kąpieli wodnej. Przestudzić.
Jaja ubić z cukrem na puszystą masę. Delikatnie wymieszać z masą czekoladową. Mąkę przesiać z cynamonem i ostrożnie wmieszać do masy. Ciasto wylać do okrągłej formy (wyłożonej papierem i posmarowanej masłem) średniego rozmiaru. Na wierzchu poukładać borówki, zatopić je w cieście, ale tylko do połowy.
Piec przez 40-45 minut w temperaturze 160 stopni. W środku będzie lekko miękkie, a wierzch będzie miał cienką skorupkę.
Gdy ciasto ostygnie, posypać je cukrem pudrem.

Przepis zainspirowany ciastem Arabeski

piątek, 24 grudnia 2010

Piernik od Amaro


Jak lubicie rozpakowywać prezenty? Szybko i niecierpliwie rozrywać papier, rozrzucając go dookoła czy powoli i delikatnie, celebrując chwilę? Ja lubię powoli, żeby ten moment jeszcze przeciągnąć w czasie. A potem lubię sobie taki prezent/y ustawić gdzieś na stole czy biurku i na niego spoglądać - jednym słowem, musi on swoje troszkę odstać zanim zacznę go używać czy schowam go do szafy. Taki okres ochronny na niego sobie robię. Jedno z małych dziwactw:)

Na święta zdążyłam zrobić w tym roku tylko piernik, i to dlatego, że z wyprzedzeniem. Nie mam tym razem specjalnie świątecznego nastroju, nie zdążyłam się wczuć w klimat ani odpowiednio nastroić. I jeszcze to, że to tylko weekend sprawia, że już widzę na horyzoncie poniedziałek i powrót do normalności.

Ale nawet jeśli mamy tylko te 3 dni, postarajmy się żeby było uroczyście, na ile się da. Mnie pomaga w tym zapach, korzenne przyprawy zdziałają cuda w tym temacie.

Poniżej przepis na piernik według Wojciecha Modesta Amaro, który mnie swoją kuchnią nie zachwyca, ale tym razem akurat nie cudował z pianką o smaku piernikowym, tylko zaproponował normalny wypiek. Piernik po odstaniu tygodnia jest miękki, lekko wilgotny, niezbyt ciężki.

Życzę wszystkim jak najwięcej czasu dla siebie i umiejętności celebrowania wolnych chwil.

Świąteczny piernik



Składniki:
500 gr mąki pszennej
50 gr cukru trzcinowego
50 gr cukru muscovado (Amaro dał 100 gr cukru białego)
200 gr miodu - dałam lipowy
150 gr masła
4 jaja
50 ml kwaśnej śmietany
3 łyżeczki przyprawy piernikowej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki kakao

Przygotowanie:
Masło utrzeć z cukrem, w trakcie dodawać po 1 żółtku. Podgrzać miód i wlać go do masy - ponownie utrzeć. Pod koniec dodać śmietanę.
W misce wymieszać wszystkie sypkie składniki i powoli dodawać je do płynnej masy.
Ubić 4 białka na pianę i delikatnie je wymieszać z ciastem.
Nasmarować keksówkę masłem i przelać do niej ciasto.
Piec ok. 50 minut w temperaturze ok. 170 stopni.
Sprawdzać czy ciasto doszło patyczkiem.
Piernik można potem przekładać powidłami śliwkowymi i polać czekoladą. Ja jednak nie miałam na to ochoty - wolę tym razem sam smak piernika, bez dodatków.


Wesołych Świąt!

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Mój pierwszy sernik


Nigdy nie byłam i nie zostanę zdeklarowaną fanką serników, ja należę raczej do tych co wolą ciasta kruche albo ciężkie czekoladowe. Ale czasami miewam na sernik ochotę i to ciasto jest tego wynikiem.
Przekopałam się przez jakieś 20 przepisów z internetu, wiedziałam czego szukam, i zdecydowałam się na sernik Kasi z bloga "Gotuję bo lubię", przepis jest tutaj.
Udał mi się nadspodziewanie dobrze, aksamitny, z nutą cynamonu i grubą polewą czekoladową na wierzchu - i wyglądał tak pięknie i świątecznie, że szkoda mi go było kroić. W przepisie zmieniłam:
* dodałam ok. 1 łyżeczki cynamonu do spodu ciasta, goździki i trochę więcej ciastek
* do samego ciasta dałam masę krówkową orzechową i nie było konieczności podgrzewania jej
* wierzch zrobiłam z roztopionej całej tabliczki czekolady z łyżką masła i jak zastygał posypałam go płatkami migdałowymi

Ostatnio opuściłam się w blogowaniu swoim i zaglądaniu na inne blogi, czasowo po prostu nie wyrabiam. Codziennie podróżuję PKP i w sumie mam wrażenie, że więcej czasu spędzam w pociągu niż w samej pracy - bo tam czas płynie szybko. Ile to się można w pociągach nasłuchać i napatrzeć! Bezcenne! Te dialogi, cały przekrój dziwnych i dziwacznych zachowań ludzkich, twarzy za które reżyser castingu filmowego dałby się pokroić.
Tak sobie myślę, że wspólna podróż, nawet taka krótka, to jest pewnego rodzaju romans. Szczególnie widać to, gdy samemu już się siedzi w przedziale i zaczynają zbierać się ludzie. Co sprawia, że mając jeszcze wolne miejsca w innych przedziałach, ludzie siadają akurat w tym przedziale? Co sprawia, że ja pchnięta impulsem, błyskawicznie decyduję czy otworzyć drzwi czy iść dalej? Decyduje tylko ułamek sekundy... Bywa, że w przedziale robi się fajna atmosfera, można zamienić z ludźmi kilka słów, a czasem jest gęsto że można nożem kroić. Bawi mnie czasem obstawianie na kogo trafię tym razem...

Sernik 'dulce de leche'



Składniki:
Spód:
paczka herbatników digestive + 1/2 paczki herbatników Bebe
100 g masła
1 łyżeczka cynamonu, szczypta goździków

Masa serowa:
1 kg twarogu President
1 szklanka cukru
4 jajka
kubeczek kremówki - Bakoma
1 puszka masy krówkowej orzechowej
1 budyń waniliowy

Wierzch:
tabliczka gorzkiej czekolady + 1 łyżka masła
garść płatków migdałów

Przygotowanie:
Ciastka mielimy w torebce na proszek - najlepiej tłuczkiem, dodajemy cynamon i goździki i roztopione masło. Taką masą wykładamy tortownicę, dociskamy dokładnie tłuczkiem do ziemniaków i wstawiamy do lodówki. Ser ubijamy z cukrem, dodajemy jajka, kremówkę, kajmak i wsypujemy budyń. Całość miksujemy jeszcze chwilę i wylewamy na spód z ciastek. Pieczemy w temperaturze 180 stopni ok. 70 minut. Ja na 10 minut przed końcem wyłączyłam górne grzałki. Odstawiamy na noc do lodówki.




Nazajutrz roztapiamy czekoladę z masłem, smarujemy ciasto i posypujemy płatkami. Trzymamy je potem w lodówce.
Wbrew pozorom, tak jak pisze Kasia, ciasto wcale nie jest za słodkie, jest w sam raz, delikatne i puszyste.

czwartek, 18 listopada 2010

Kto pierwszy o świętach?


Zajęty tydzień. Wszystko się w domu urywa, psuje, jak na złość... stara zasada, że jak ma się walić to seriami...

Powoli też zbliżają się święta. Raczej nie czuć nastroju, chociaż sklepy usiłują nam go wmusić na 6 tygodni przed czasem. Mimowolnie zaczęłam już oglądać ozdoby, przebierać i zachwycać się. Piękne są w Almi Decor i Marks&Spencer. Czasami są tak piękne, że aż trudno się powstrzymać. Małe sarenki na choinkę, delikatne płatki śniegu, aksamitne serca z chwostami. Wszystko wygląda jak robione ręcznie - w co wątpię - przywołuje święta, których nigdy nie było... To ciekawe, bo te piękne, robione na retro, ozdoby wywołują w nas nostalgię za czymś, czego nigdy nie mieliśmy. Jeszcze jak ja byłam mała takich cudów nie było a wieszało się ręcznie robione łańcuchy z kolorowego papieru i anielskie włosie. Drewniane ozdoby, malowane jadalną farbą pierniczki czy uwięzione w ruchu tancerki to były chyba tylko w bajkach. Albo w starych amerykańskich filmach - kolejnej 'krainie niby niby'.
W każdym razie duże dzieci lubią sobie teraz robić małe przyjemności i trudno się powstrzymać przed kupnem takiej kruchej zabawki.

Duże dzieci nie potrafią się też powstrzymać przed zrobieniem sobie innej małej przyjemności. Nie ma lepszego zapachu do pary ze świętami niż korzenne przyprawy, wanilia i miód. Jeszcze nie czas na to, płyty z amerykańskimi standardami jeszcze nie odkurzone, śniegu (na szczęście) jeszcze nie ma. Ale jak już usiadłam z miską waniliowego ryżu z sosem śliwkowym to żałowałam, że nie ma jeszcze w domu lampek i że nie mam pod ręką "Cudu na 34 ulicy". Nie wiem czy znacie ten film, ale jeśli nie, święta bez niego nie będą pełne.

PS: Jeśli ktoś bywa w Warszawie, to spieszę donieść, że mają teraz w M&S bardzo tanie bloki spożywczego marcepanu do wypieków, pyszne świąteczne marmolady i nowe mieszanki przypraw. I uwaga - znalazła się sól wędzona! Kilka postów temu pisałam o swoim słonym doświadczeniu - słone było też cenowo - a w Marksie można teraz kupić pojemniczek wędzonej soli za 18 zł - polecam!

Waniliowy ryż na mleku z korzennym sosem śliwkowym



Za przepis dzięki należą się Agacie
Tylko troszkę dałam od siebie

Składniki:
Torebka białego ryżu
kubeczek śmietanki 30%
pół szklanki mleka 2 %
laska wanilii
torebka cukru waniliowego
szczypta soli

30 dag śliwek - to zdaje się renklody? - obranych z pestek i pokrojonych w ćwiartki
3 łyżki brązowego cukru
7 goździków
1 łyżka miodu
1/3 łyżeczki cynamonu
2-3 łyżki wody

Przygotowanie:
Ryż płuczemy na sitku. Zalewamy mlekiem i śmietanką, i na wolnym ogniu doprowadzamy do wrzenia. Wsypujemy cukier, sól i przekrojoną laskę wanilii z której wyskrobaliśmy do ryżu ziarenka. Mieszać trzeba stale, bo ryż przywiera. Będzie wchłaniał śmietankę i mleko, wiec w razie potrzeby można go dolać.
W tym samym czasie w innym rondelku podgrzewamy miód z cukrem i wodą, wrzucamy cynamon i goździki oraz śliwki. Cukier stopi się, śliwki puszczą sok i powstanie gęsty, słodki sos. Tu także trzeba cały czas doglądać, bo łatwo się to przypala.
Gdy śliwki będą miękkie, sos ciągnący się, a ryż dojdzie w mleku - nakładamy sobie jednego i drugiego do miseczki i włączamy film...

czwartek, 1 kwietnia 2010

Mazurkiem już mogę częstować



No to na dobre się zaczęło. Niby już jestem w domu, kot zapakowany w znienawidzony przez siebie transporter jakoś przeżył drogę, ale jeszcze załatwiam ostatnie sprawy zawodowe. Nastrój jednak już trochę inny, w końcu znosi się do domu te wszystkie dobre rzeczy, robi zapasy słodyczy, owoców i alkoholu.

Ciasta niektóre też już można zacząć piec wcześniej, będą w sam raz za dwa dni. Ten mazurek, który robimy już drugi czy trzeci rok z rzędu, w zasadzie nazywa się torcikiem z Linzu, bo to austriacki przepis. Torcik, bo powinno się go piec w okrągłej formie, jednak skład ma całkiem mazurkowy, więc my robimy go w prostokąt.
Mnóstwo w nim migdałów i gorzkawej konfitury, więc nie zemdleje się od nadmiernej słodyczy.

Ponieważ wpadłyśmy na dobrą konfiturę z samej pomarańczy, to mój dżem zostanie na potem, na inne przepisy.

Mazurek à la torcik z Linzu




Składniki:

Kruche ciasto
1,5 szklanki mąki
20 dag migdałów, 100 zmielonych i 100 gram w krokancie
25 dag masła
7 łyżek cukru
łyżeczka aromatu waniliowego
jajo
2 żółtka
płaska łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki kardamonu i zmiażdżonych goździków

Do przełożenia i dekoracji
20 dag, czyli cały słoik konfitury pomarańczowej, może być marki Sreamline, a może być moja z poprzedniego postu
łyżka soku z cytryny
kieliszek likieru migdałowego
żółtko

Przygotowanie:
Połączyć sypkie składniki ciasta, dodać pokrojone masło i posiekać jak kruszonkę. Dodać jajo i żółtka, szybko zagnieść ciasto i wstawić do lodówki na ok. godzinę.
Już ze schłodzonego, odkroić 1/3, a resztą wylepić tortownicę o kształcie prostokąta (wcześniej posmarowaną masłem i obsypaną bułką tartą), tworząc ok. 2-centymetrowy rant.
Pozostałe ciasto dość cienko rozwałkować przez folię na oprószonej mąką stolnicy i pokroić w cienkie paski szerokości 1 cm.
Na nadzienie połączyć konfiturę z sokiem z cytryny i likierem, rozsmarować na spodzie ciasta. Na wierzchu ułożyć w kratkę cienkie paski ciasta i posmarować ciasto rozmąconym żółtkiem. Piec ok. 45 minut w ok. 180 stopniach.

Smacznego!

sobota, 13 marca 2010

Korzenne orzechy po łokcie



Biało, znowu za oknem biało! Końca tego nie widać.
Skoro nie zanosi się na noszenie sukienek i wysokich obcasów, to można sobie jeszcze trochę pofolgować. Kilka ciastek w tę czy w tę stronę, nie ma chyba znaczenia, skoro dalej chodzimy w zimowych futerkach.

Wczoraj przeczytałam niezwykle aromatyczny wpis Bei o przyprawach i uzmysłowiłam sobie, że choć mam w domu ze 40 czy więcej różnych przypraw, to wciąż niewiele o nich wiem. Bardzo porządnie wypisałam sobie wszystkie wymieniane przez Beę z postanowieniem zakupienia, doszkolenia się i wypróbowania. Zrobiłam też mały research wśród internetowych sklepów z przyprawami i oczywiście nie znalazłam tam niczego o czym mowa była w poście... Będę więc musiała szukać dalej, może przy okazji jakichś wyjazdów zagranicznych, bo w Łodzi też ich raczej nie znajdę.
Ja zaopatruję się albo w Nadirze, albo w Składzie Towarów Kolonialnych na Piotrkowskiej, i choć zawsze wynoszę stamtąd coś nowego, to nie sądzę żebym wypróbowała choć połowę asortymentu. Jednak lemon myrtle tam nie ma, choć właśnie na to narobiłam sobie ochoty.

Skoro już byłam wczoraj w tych aromatycznych klimatach to upiekłam ciastka na które przepis wycięłam z ostatniego numeru Kuchni. Skandynawskie ciasteczka pieprzowe, których bazą głównie są korzenne przyprawy, wydały się być idealnym pomysłem. Wyszły bardzo miłe dla oka, pachnące, podobne konsystencją do pierniczków.
Robiłam wszystko dokładnie według przepisu (przytaczam go też jak w gazecie), ale kolejnym razem dodam więcej cukru, raczej brązowego i choć są to ciastka pieprzowe, nie dodam jednak pieprzu (w przepisie sugerowano aż całą łyżeczkę, ja dałam 1/2) - bo nadaje im chwilami zbyt ostry smak. Ciastka najlepiej smakują mi maczane w earl greyu;-)


Pebernødder




Składniki:
250 gr masła o temp. pokojowej
250 gr cukru
2 jajka
600 gr mąki pszennej
2 łyżeczki sody oczyszczonej
po 1 łyżeczce sproszkowanego imbiru, cynamonu
po 1/2 łyżeczki sproszkowanego kardamonu, białego pieprzu

Przygotowanie:
Łączymy mąkę z sodą i przesiewamy. Dodajemy przyprawy i mieszamy łyżką.
W mikserze ucieramy masło z cukrem na kremową masę. Dodajemy po 1 jajku, nie przerywając mieszania. Stopniowo dodajemy do masy mąkę z przyprawami, mieszając w mikserze aż powstanie elastyczne ciasto.

Choć w przepisie podane było robienie z ciasta wałeczków, krojenie ich nożem i formowanie kuleczek, to ja pominęłam ten etap i po prostu biorąc ciasto łyżką, w ręku formowałam kuleczki wielkości orzechów włoskich, potem już laskowych, gdy ciastka jednak okazały się za duże po pierwszym wsadzie.
Nagrzewamy piekarnik do 2oo stopni, ciastka układamy na blasze wyłożonej papierem, w sporych odstępach, bo powiększają swoją objętość dwukrotnie w trakcie pieczenia i wkładamy na 10-12 minut. Wyjdą z tego jakieś 3 wsady.



Z podanej ilości miało wyjść 50 sztuk ciastek, mnie wyszło ich minimum 70!
Wygląda na to, że naje się nimi sporo osób w moim otoczeniu.
Uwaga: ciasteczek lepiej nie jeść na ciepło, bo są wtedy jeszcze bardzo delikatne, muszą ostygnąć i lekko stwardnieć, aby nadawały się do pojedzenia.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Cynamonowe bułeczki


Ziemia sie pode mną usunęła, gdy pierwszy raz spróbowałam cynamonek. Co to był za dzień! Podała je na podwieczorek moja koleżanka, jakieś 10 lat temu.
Trułam jej i trułam, aż w końcu udało mi się wyżebrać przepis, podobno tajny...
Skoro dziś już nie jesteśmy ze sobą blisko, mogę chyba po cichu wstawić go na bloga?

Bułeczki jak się okazało, wcale nie były specjałem jej mamy, tylko tajną bronią kucharek z ośrodka wczasowego w Ustroniu Morskim jej cioci, do którego jeździłyśmy do pracy, a właściwie na błogie dwa miesiące nic nie robienia co roku. Rewelacyjnie wspominam ten czas, szczególnie późne wieczory, gdy cały personel już skończył pracę i po cichu włamywał się do kuchni żeby tam robić jakieś placki, naleśniki czy inne zapiekanki z tego co udało się znaleźć w zapasach.

Nie podejrzewam tu Asi, że podała mi zły przepis, ale fakt, że za pierwszym razem bułeczki kompletnie nie wyszły (raczej upatruję tu złośliwości kucharek, które podały go w ilości przemysłowej składników na wszystkich wczasowiczów;-). Teraz, po latach, udają się za każdym razem, bo przepis się dotarł.
A bułeczki, no cóż, niestety nie wiem jak długo zachowują świeżość, bo nie doczekują więcej niż 2 dni...

Cynamonki z Ustronia Morskiego

Składniki na ok. 30 bułeczek:
1/2 kg. mąki
1/2 szkl. cukru
szklanka mleka
13 dk. masła
5 dk. drożdży
rodzynki
cukier + cynamon do posypania ciasta
2 żółtka

Przygotowanie:
Podgrzać mleko. Drożdże rozetrzeć z łyżką cukru i 6 łyżkami ciepłego mleka.
Do pozostałego mleka dodać resztę cukru. Mąkę wsypać do miski i zrobić w niej zagłębienie. W dolinkę wlać drożdże, 1 żółtko i dodać 8 deko masła.
Dodać mleko, zagnieść ciasto a następnie rozwałkować je na blacie posypanym mąką.

Podgrzać pozostałe masło i posmarować nim ciasto. Następnie posypać ciasto obficie rodzynkami i równomiernie cukrem wymieszanym z cynamonem.



Ciasto zrolować, kroić na na kawałki szerokości ok. 2 cm. i układać ze sporym odstępem na blasze posmarowanej masłem. Odstawić blachę w ciepłe miejsce aby bułeczki odpowiednio wyrosły. Na wierzchu posmarować każdą bułeczkę roztrzepanym żółtkiem lub polukrować już po upieczeniu.

Cynamonki będą się piekły ok. 15 minut (I partia, kolejne już szybciej) w temperaturze ok. 220 stopni.

czwartek, 14 stycznia 2010

Białe popołudnie




Kilka dni temu była tak piękna, słoneczna pogoda, że aż szkoda było siedzieć w domu. Ale trudno, po południu miałam mieć gości, obiecałam, że coś upiekę, więc nie było mowy o wymigiwaniu się.

Na takie śnieżne popołudnie idealny wydawał się chleb bananowy z białą czekoladą. Szczególnie, że przepis jest prosty (takie lubię najbardziej) i pasuje idealnie do aromatycznej herbaty i pogaduszek z mądrymi kobietami.

W zasadzie chleb jest to tylko umownie, bo smakuje jak lekkie ciasto deserowe, jednak zachowałam oryginalne nazewnictwo dla porządku. Ponieważ mieszkam w bloku, którego okna wychodzą na mały park, kiedy na ziemi i drzewach leży śnieg, sceneria jest bajkowa. Właśnie kiedy powoli zapada zmierzch a niebo robi się z niebieskiego różowo-pomarańczowe, spokojnie można spędzić godzinkę spoglądając z rozmarzeniem na wyludniony skwer. Oczywiście zagryzając słodkim chlebkiem...



Składniki:
2 dojrzałe banany
1/3 paczki masła
1/3 szklanki cukru - ja użyłam brązowego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 jajko
1 i 1/4 szklanki mąki
1 i 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki cynamonu
szczypta soli
1,5 tabliczki białej czekolady
Kilka migdałów

Przygotowanie:
Banany rozgniatamy tłuczkiem do ziemniaków.
W misce ucieramy robotem masło z cukrem, wlewamy podczas ucierania ekstrakt wanilii.
W drugiej misce łączymy mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cynamon i sól.
Do masła z cukrem dodajemy na przemian masę bananową oraz suche składniki i za każdym razem mieszamy.
Dodajemy 3/4 połamanej na małe kawałki czekolady.

Keksówkę smarujemy masłem i osypujemy mąką. Wkładamy masę do formy i wsuwamy do nagrzanego do 175 stopni piekarnika. Pieczemy 50-60 minut.
Uwaga: ciasto dość szybko wyrasta i długo jest mokre w środku , więc trzymajmy się raczej czasu pieczenia.



Gdy ostygnie, polewamy je roztopioną czekoladą i posypujemy migdałami. U mnie niestety chwila nieuwagi spowodowała, że czekolada się zsiadła i wyszedł z niej krem, co jednak nie zepsuło smaku.

I jeszcze mała uwaga, na świeżo ciasto kroi się ciężko i rozpada. Lepiej odstawić je do następnego dnia, wtedy łatwiej podzielić je na kawałki i ma lepszą konsystencję.

Przepis pochodzi z programu "Na słodko" z Kuchnia Tv

czwartek, 24 grudnia 2009

Korzenne i na słodko



Pierwszy raz jadłam bataty kilka lat temu, w pewne upalne lato, które spędzałam w Holandii. Dość dobrze pamiętam tamto popołudnie, kiedy gotowaliśmy dla znajomych nie bardzo wiedząc co z tymi bulwami zrobić.
Teraz już wiem, za to nie za często mam okazję je przygotować, bo w łódzkich sklepach nie widziałam ich jeszcze ani razu. Ani w Almie, ani nawet w pabianickim Piotrze i Pawle...
Śmieszna sprawa, że gdy pojechałam kilka dni temu do Warszawy, przywiozłam ze 'stolycy' w reklamówce upolowane radośnie słodkie ziemniaki.

Miła odmiana na świątecznym stole. Świetnie sprawdzają się jako przystawka, bo same w sobie są jednak odrobinkę nudne, dobrze pasują do rozmaitych steków, korzennych pieczeni i komponują się ładnie z marchewką czy dynią.


Tak wyglądają w procesie obróbki...


Zachwycają delikatnym słodkawym miąższem, pomarańczowym kolorem i chrupiącą skórką. W mojej wersji na święta, przygotowanie ich zajmuje jakieś 5 minut, upieczenie ok. 40 przy temperaturze 190 stopni.

Przygotowanie:
Nie ma potrzeby ich obierać, wystarczy wyczyścić dobrze skórkę szczoteczką, pokroić w plastry i ułożyć w naczyniu do zapiekania.
Skropić solidnie oliwą z oliwek, posolić, popieprzyć oraz oprószyć cynamonem oraz kuminem.

To wszystko...
A potem tylko pięknie pachną i są udaną ozdobą stołu.

Dzisiejszy wpis krótki i treściwy, bo garnki i brzuchy czekają. Na leniuchowanie czas przyjdzie może potem, bo jak na razie święta pędzą szybciej niż sanie Mikołaja...

Wesołych Świąt, i masy dobrego jedzenia, w końcu cała filozofia Bożego Narodzenia to dla mnie głównie bezkarne objadanie się bez wyrzutów sumienia;-)

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Koszerne ciastka w katolickie święto



W ramach wewnętrznej przekory, postanowiłam upiec przed katolickimi świętami ciasteczka żydowskie;-) Nie żeby ciasteczka miały jakąś ideologię, aczkolwiek te akurat wypiekane były przez żydowskie mamy i znaleźć je można było w paczkach wysyłanych młodym dziewczętom i chłopcom odbywającym służbę wojskową. Jako, że w Izraelu obowiązek służby wojskowej dotyczy obu płci, i to już od 18 roku życia, Kichlach uznano za idealny składnik domowych paczek. Tanie, proste w przygotowywaniu i nie psujące się słodycze stały się podobno nieodłącznym składnikiem żołnierskiej warty. Aha, 'kichlach' znaczy po prostu 'ciastko' w yiddisz.

Rzeczywiście, przepis jest rewelacyjnie prosty i fantastycznie zajmuje ręce, gdy głowa zaabsorbowana jest czymś innym. Zastanawiając się jak przez te śniegi dostanę się do domu na święta - skomplikowana sytuacja motoryzacyjna, która każe się zastanowić jak bardzo jesteśmy skłonni do wykonywania dobrych uczynków, gdy nie są nam one na rękę - w 30 minut miałam gotową blachę pachnących słodyczy.
Miejmy nadzieję, że przekupię nimi mojego ewentualnego świątecznego szofera...



Składniki:
3 jaja
3 łyżki oleju roślinnego
250 gr. mąki pszennej
2 płaskie łyżki cukru białego
cukier brązowy do posypania
cynamon

Przygotowanie:
Ucieramy jaja w misce razem z cukrem i olejem, stopniowo dodając mąkę. Początkowo rozrabiamy ciasto widelcem, potem przechodząc do ugniatania go dłońmi. Gdy składniki dobrze połączą się, a ciasto będzie elastyczne i przestanie kleić się do palców, można rozwałkować je na posypanym mąką blacie. Grubość placka to najlepiej jakieś 5 mm. Na rozwałkowaną masę sypiemy grubo brązowym cukrem, niezbyt drobno zmielonym, po czym wgniatamy go wałkiem w ciasto. Ja urozmaiciłam przepis cynamonem, choć nie było go w wersji oryginalnej - mało która przyprawa ma dla mnie bardziej bożonarodzeniowy zapach. Potem wykrawamy dowolne kształty i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni na 15 minut. Wyciągamy gdy ciastka się zarumienią. Trzeba ich uważnie doglądać, bo od zarumienienia do zwęglenia są 2 kroki, o czym sama się przekonałam;-)

W smaku ciasteczka przypominają odrobinę słomkę ptysiową, są lekkie i dość suche, dobrze więc komponują się z aromatyczną herbatą.