Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2011

Ciastka pachnące lawendą



Te zniknięcia ostatnio chyba weszły mi w krew. Pomiędzy jedną wizytą a drugą, pisaniem tekstów na dodatkowe zlecenia, bieganiem, czytaniem i bywaniem, jakoś na jedzenie nie było ostatnio miejsca.
Ale zebrana lawenda domagała się uwagi. Wiele znajomych osób nie lubi zapachu lawendy albo płatków róży, uznając je za zbyt duszące, nawet mdlące. O ile udaje im się je znieść jeszcze w kosmetykach czy zapachach do wnętrz, o tyle w jedzeniu tego nie tolerują.
A czasami warto spróbować ciastek z lawendą, bułeczek z konfiturą z róży, czy jogurtu naturalnego, wymieszanego z konfiturą różaną i płatkami migdałowymi, rodzynkami i ziarnami słonecznika. Moje śniadanie nie może się bez nich obyć.

Ciasteczka lawendowe



Składniki:
150 g zimnego masła
150 g cukru pudru
2 łyżki suszonej lawendy
1 żółtko
2 łyżki gęstej śmietany
300 g mąki
1 łyżeczka skórki otartej z cytryny
kilka kropel esencji waniliowej
szczypta soli
cukier do posypania ciastek

Składniki:
Wymieszać suche składniki, mąkę z solą i cukrem pudrem. Dodać zimne masło, pokrojone w kostkę. Dodać sypkie składniki, żółtko, śmietanę, esencję, posiekać wszystko nożem. Na końcu dodać skórkę cytrynową i lawendę. Szybko zagnieść (nie wyrabiać) jednolite ciasto i uformować kulę, owinąć ją folią i chłodzić w lodówce przez godzinę.

Rozgrzać piekarnik do 175 stopni. Schłodzone ciasto rozwałkować cienko (na ok. 0,5 cm) i wykrawać ciasteczka. Ułożone na papierze, posypać grubym cukrem, piec ok. 12 minut do lekkiego zarumienienia.

Za przepis dziękuję Komarce i odsyłam do linka:)

sobota, 24 września 2011

Bazyliowe poduszeczki



Jeśli Tessa Capponi-Borawska mówi, że coś jest dobre, to ja nie zamierzam się spierać. Zazdroszczę jej tej wiedzy, tych smaków które próbowała i swobody z jaką podchodzi do życia i przyjemności.
Jeszcze mieszkając w lodzi, wyobrażałam sobie, że w Warszawie zacznę chodzić na jej wykłady z kultury Włoch, tak na zaostrzenie apetytu. Dotąd tego nie zrobiłam, ale jej opowieści z małych włoskich miasteczek i przepisy, które podaje należą do moich ulubionych. Tak sobie wyobrażam sjestę, we włoskim stylu.


Bazyliowe poduszeczki Tessy Capponi-Borawskiej





Składniki:
ciasto francuskie
pęczek bazylii
mozzarella (lub parmezan)
sól, pieprz

Przygotowanie:
Ciasto przekroić na pół. Pierwszy kawałek ułożyć na blasze wyściełanej papierem. Na cieście położyć listki bazylii (im więcej, tym lepiej) i kawałki mozzarelli. Przyprawić solą i pieprzem. Przykryć drugim kawałkiem ciasta, zwilżając brzegi, aby się dobrze skleiły. Piec 30 min. w 200 st. Pokroić na kawałki.

Czy może być coś prostszego?

wtorek, 30 sierpnia 2011

Pożegnanie z wiśniami



Wiem, że to głupie, ale jak giną z oczu po kolei kolejne warzywa i owoce, to ogarnia mnie jakiś smutek. Wiadomo, że za rok znowu się pojawią, ale nieuchronna wizja końca lata działa na mnie przygnębiająco i nic nie mogę na to poradzić.
Wczoraj biegałam z samego rana, o tej porze co zawsze, i po raz pierwszy z ust leciała mi para, a to już znak, że jesień blisko.

Wiśni w sumie już nie ma. Tylko na jednym straganie były w sobotę, drogie, ale szkoda mi było przejść obojętnie.

Clafoutis wiśniowe




Składniki:
1 kg wydrylowanych wiśni

Ciasto:
35 dag mąki
20 dag tłustego twarogu
1 jajko
5 łyżek oleju
6 łyżek mleka
10 dag cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Polewa:
1/2 szklanki gęstej śmietany
3 jajka
15 dag cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej

Przygotowanie:
Ser utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym, jajkiem, olejem i mlekiem. Wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i zagnieść ciasto. Rozłożyć je na natłuszczonej formie. Na cieście rozłożyć wiśnie.

Składniki polewy zmiksować, następnie przykryć nią owoce.

Wstawić ciasto do piekarnika na 35-40 min. i piec w 200 stopniach.

sobota, 23 lipca 2011

Wizyta w Groolach


Maleńkie miejsce w oficynie przy Nowym Świecie. "Groole". Na hasło 'pieczone ziemniaki' od razu ściąga nas z trasy. W tym niewielkim, bezpretensjonalnym miejscu, można się najeść za niewielkie pieniądze i pogadać na luzie z dziewczyną, która otworzyła lokal. Pieczone ziemniaki kojarzyły mi się dotąd z długimi nocami przy ognisku, gdy jeździłam na obozy jako nastolatka. Do czasu, gdy w Stambule spróbowałam kumpirów, wielkich pyrów wypełnionych sałatkami i sosami. Tureckie ziemniaki były przeładowane całą masą bez głowy dobranych warzyw i polane majonezem i ketchupem, obficie. Te warszawskie są dużo lżejsze, choć technika przygotowywania jest podobna.



Duże ziemniaki piecze się w specjalnym piecu, następnie rozkrawa, miąższ bełta się widelcem z dodatkiem masła i napełnia sosami. Śledzikiem w śmietanie, kurczakiem curry, twarożkiem, cukinią z pomidorami i innym nadzieniem, w zależności od sezonu. Podoba mi się, że można posypać je pestkami dyni lub świeżymi ziołami, które rosną na parapecie. Ziemniaki są pulchne w środku, spieczone na zewnątrz, i choć skórki się nie jada, nam trudno było się powstrzymać.

To fantastyczna alternatywa dla kebabów, taśmowo robionych kanapek z przywiędłą wędliną i tradycyjnego hamburgera. Wydając 10 zł na ziemniaka z sosem, naprawdę nie będziemy mieli miejsca na więcej, a posiłek jest zdrowy i ładnie podany. Na dodatek na miejscu można kulturalnie napić się regionalnego piwa z browaru Konstancin.

Miejsce jest niewielkie, ale w czasie gdy tam siedziałam co rusz wpadał ktoś na ziemniaka. Młodzi ludzie, ale i urocza para staruszków, która dzieliła się piwkiem i ziemniakami. Wszyscy wychodzili zachwyceni i obiecywali, że wrócą.

Na zdjęciach: ziemniak z sosem curry oraz z cukinią i pomidorem

Warszawa, ul. Nowy Świat 52

niedziela, 17 lipca 2011

Tartaletki bakłażanowe - na upały



Co to był za weekend. Przyjechała do mnie przyjaciółka z Łodzi i na zmianę jadłyśmy, piłyśmy i chodziłyśmy po mieście, również w celu picia i jedzenia oczywiście.
Mimo upałów, apetyt nas nie opuszczał...
Mam ostatnio w zanadrzu kilka nowych miejsc, w których można dobrze zjeść, ale o tym innym razem.

Często jak jest tak gorąco, zamiast obiadu jadam coś na zimno, obiadowe sałatki albo sycące przekąski.

Nie wszyscy lubią bakłażany na zimno, ale te powinny smakować nawet tym bardziej wybrednym. Można je zabrać w podróż, do pracy albo wsuwać jak małe kanapeczki.

Tartaletki z bakłażanem



Składniki:
opakowanie ciasta francuskiego
1 bakłażan (wąski)
1 kulka mozzarelli
oliwa z oliwek
zielony sos pesto
1 żółtko
gałązka tymianku lub rozmarynu

Przygotowanie:
Bakłażana kroimy w plastry o grubości 1 cm. Mozzarellę kroimy w jak najcieńsze plastry. Z ciasta wykrawamy koła o średnicy większej szklanki.

Na patelni na oliwie smażymy plastry bakłażana i odsączamy je na ręczniku papierowym.



Na każdym kółku ciasta kładziemy po 2 plastry bakłażana tak, aby zachodziły na siebie, a dookoła pozostał brzeg ciasta o szerokości 1,5 cm. Na bakłażanach układamy plasterki sera i smarujemy je sosem pesto. Skrapiamy oliwą, obkładamy ziołami. Brzegi ciasta smarujemy rozmąconym żółtkiem.

Tarteletki pieczemy 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni.

Dobre na ciepło, i na zimno.

czwartek, 7 lipca 2011

Czekoladowe z borówkami



Rzadko robię ciasta ostatnio. Przyczyna jest prosta, zjadam je potem sama i mam wyrzuty sumienia.
I niestety, podjadam słodycze gotowe. Wczoraj odwiedziłam stoisko Chocolate Company (jest w Galerii Mokotów i w Złotych Tarasach). Jakie tam mają pyszności! Czekolady podstawowych smaków, korzenne, waniliowe, z zatapianymi owocami kandyzowanymi i orzechami w miodzie. Do tego kostki czekoladowe z wbitymi w nie patyczkami, które można rozpuścić w kawie czy gorącym mleku. Czekolada w puszce do fondue, i geste smarowidła do wafli czy na grzanki - uwierzcie mi - Nutella wysiada przy tym! Tanio nie jest (mała kwadratowa czekolada to wydatek 15 zł, pasta czekoladowa kosztuje 35 zł), ale co jakiś czas można się na to skusić. Na dodatek sprzedawczynie pięknie pakują zakupy, więc to dobry pomysł na prezent.

Wracając do ciasta. Trudno zdecydować się z czym piec. Czereśnie, maliny, jagody - ja wybrałam borówki, ale można użyć też malin, bo nie puszczają tak bardzo soku.
Ciasto jest zwarte, nie kruszy się, a owoce tkwią w nim jak w oprawie. Świetne do kawy.

Czekoladowe ciasto z borówkami




Składniki:
1 czekolada 70% kakao
5 jajek
230 gr. masła
1/2 szklanki bardzo drobnego cukru
2/3 szklanki mąki pszennej
łyżka espresso
1 łyżeczka cynamonu, szczypta kardamonu
pół opakowania borówek amerykańskich
cukier puder do posypania

Przygotowanie:
Czekoladę, masło i kawę rozpuścić w kąpieli wodnej. Przestudzić.
Jaja ubić z cukrem na puszystą masę. Delikatnie wymieszać z masą czekoladową. Mąkę przesiać z cynamonem i ostrożnie wmieszać do masy. Ciasto wylać do okrągłej formy (wyłożonej papierem i posmarowanej masłem) średniego rozmiaru. Na wierzchu poukładać borówki, zatopić je w cieście, ale tylko do połowy.
Piec przez 40-45 minut w temperaturze 160 stopni. W środku będzie lekko miękkie, a wierzch będzie miał cienką skorupkę.
Gdy ciasto ostygnie, posypać je cukrem pudrem.

Przepis zainspirowany ciastem Arabeski

sobota, 2 lipca 2011

Tarta ze szpinakiem i pomidorkami cherry



Przezabawnie wygląda jak komuś drga powieka albo mięsień przy ustach. Mnie drga tak już od kilku tygodni, co jest oczywiście spowodowane brakiem magnezu w organizmie. Taki w tabletkach łykam już od jakiegoś czasu, ale zanim się porządnie wchłonie dokładam do pieca magnezem z natury.

Szpinak jest tu oczywiście niezastąpiony. Sporo moich znajomych nawet w sezonie kupuje szpinak mrożony, bo nie mogą go dobrze wypłukać, bo nie radzą sobie z wodą którą puszczają liście w trakcie duszenia.

Słaba to wymówka, bo na własne życzenie pozbawiają się wielkiej przyjemności. Świeży szpinak nie umywa się do mrożonego, nawet w brykiecie. Swego czasu też miałam problem z płukaniem, nawet po 3-krotnym strzelało w zębach.

Teraz po prostu wrzucam szpinak do brodzika i każdy liść przepłukuję prysznicem. Jest czysto.

Zapraszam na tartę:)

Tarta ze świeżym szpinakiem i pomidorkami cherry



Składniki:
1 i 1/4 szklanki mąki pszennej
100 g masła
1 łyżeczka soli
2 żółtka
2-3 łyżki wody
300 gram świeżego szpinaku
2 ząbki czosnku
2 łyżki masła
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
8 pomidorków koktajlowych
kulka mozzareli
garść liści bazylii
łyżka oliwy aromatyzowanej bazylią
Zalewa:
pół kubeczka gęstej śmietany 18%
2 białka i 1 jajko
garść startego cheddaru lub goudy

Przygotowanie:
Przesiewamy mąkę - robimy w niej dołek, wlewamy żółtka. Podsypujemy solą, i zagniatamy dodając po trochu wody, żeby połączyć składniki. Zagniatamy szybko i krótko - ciasto ma pozostać kruche. Zawijamy je w folię i na 30 minut wkładamy do lodówki.
W międzyczasie dusimy na maśle szpinak z 2 ząbkami czosnku, solą i gałką muszkatołową. Odparowujemy lub odlewamy wodę.

Formę do tarty wylepiamy ciastem, obkładamy papierem do pieczenia, obciążamy fasolą i zapiekamy w 180 stopniach przez 15-20 minut. Potem spód ma ostygnąć przez 30 minut.

Rozkładamy na nim po półgodzinie szpinak, całe pomidorki, zalewamy masą jajeczno-śmietanową z serem żółtym startym na dużych oczkach. Obkładamy wszystko porwaną kulką mozzarelli, liśćmi bazylii, skrapiamy oliwą i zapiekamy jakieś 25 minut w 180 stopniach, póki wierzch nie będzie złoty.

Po wyjęciu tarty z piekarnika, powściągnijmy jeszcze na chwilę łakomstwo i odczekajmy 10 minut aż środek się skonsoliduje.

niedziela, 12 czerwca 2011

Muffiny z fetą i papryką



Zawzięłam się na wytrawne muffiny ostatnio. Piekę z żółtym serem, z kukurydzianej mąki, z cukinią, suszonymi pomidorami i rozmarynem a teraz z papryką i fetą. Nie zawsze chce mi się iść do sklepu po chleb, a mała partia zamrożonych muffinek szybko mnie rozgrzesza. Mam zamiar przetestować jeszcze kilka wersji, więc na pewno będę je tu od czasu do czasu pokazywać.

Czytaliście nową książkę Anthony'ego Bourdaina? Ja tak, i trochę się rozczarowałam. Nie wydała mi się już tak dowcipna i ironiczna jak ta pierwsza, "Kill Grill". Owszem, opowieści o podróżach w dziwne miejsca w poszukiwaniu smaku doskonałego są odpowiednio zabawne i kąśliwe, ale chyba jego programy ogląda mi się lepiej niż je czyta. Niestety, Bourdain nie jest aż tak dobrym pisarzem, żebym kupiła trzecią książkę, ale na pewno będę go dalej oglądała. Podobały mi się za to jego uwagi na temat innych kucharzy, jego pokorny stosunek do kulinarnych samouków pochodzących zazwyczaj z Meksyku, Portoryko, Kuby czy Portgualii, bez których żadna nowojorska restauracja nie dałaby rady. Czy w naszych, polskich restauracjach też kryją się takie skarby? I ciekawa jestem, z którego kraju u nas lądują niewidzialni kucharze pracujący na swojego szefa kuchni. Z Turcji? Maroko?

Wytrawne muffiny z papryką i fetą



Składniki:
1 duża czerwona papryka
100 gr. fety
2 jajka
375 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
łyżeczka czarnuszki
1/2 łyżeczki kuminu
1/2 łyżeczki papryki wędzonej
250 ml mleka
125 g masła

Przygotowani:
Paprykę oczyszczamy i kroimy w kostkę, fetę kruszymy do miseczki.
Do dużej miski wsypujemy mąkę, proszek do pieczenia, szczyptę soli, kawałki papryki i przyprawy.
W drugiej misce mieszamy jajka z mlekiem, w międzyczasie roztapiamy masło i zostawiamy do przestygnięcia.
Do suchych składników wlewamy mokre bełtając widelcem, dodajemy szybko masło i dalej mieszamy aż wszystko się ładnie połączy.
Fetę dodajemy na końcu, w ten sposób pozostaną jej całe kawałki i nie rozpadnie się.
Ciasta starczyło mi na 16 muffinek. Pieczemy je przez jakieś 20 minut w temperaturze 210 stopni, w środku będą więc lekko wilgotne.

Przepis pochodzi z serwisu Palce lizać, został jednak zmodyfikowany.

wtorek, 10 maja 2011

Karaibski chlebek kokosowy


I znowu troszkę się blogowo zaniedbałam. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że byłam kilka dni w Łodzi na Fashion Weeku a tam, jak można się domyślić, jedzenie było mniej ważną rzeczą. Były inne atrakcje.
Ale, w hali Expo, gdzie odbywały się pokazy mody szykują się w połowie czerwca targi kuchni włoskiej. Będą pizze, pasty, makarony, mnóstwo degustacji, nauka gotowania, i oczywiście możliwości kupna dobrych slow foodowych rzeczy. Jeśli tylko czas mi na to pozwoli, pojadę i zdam relację.

Dziś świetny wypiek śniadaniowy. Nie mam co prawda za dużo czasu na poranne celebracje, ale jak już się go upiecze, to potem tylko pokroić i smarować masłem czy marmoladą z pomarańczy. W konsystencji przypomina trochę chlebek bananowy, bo jest wilgotny, miękki w środku a lekko chrupiący na zewnątrz. Nie jest jednak tak gliniasty jak bananowy a pachnie nawet lepiej.

Wskazówka mała: chlebek trzeba szybko zjadać albo trzymać w lodówce, bo po 3 dniach nie nadaje się już do spożycia.

Karaibski chlebek kokosowy



Składniki:
2 i 1/2 szklanki mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
szklanka cukru pudru
100 gram wiórków kokosowych
300 ml mleka tłustego
2 jajka
esencja waniliowa 'na oko'
75 gr masła

Przygotowanie:
Do miski przesiewamy mąkę, dodajemy proszek, cukier puder i cynamon, delikatnie mieszamy. Dodajemy wiórki kokosowe. Mleko roztrzepujemy z jajami i wanilią, dodajemy stopione i lekko już przestudzone masło.
Dolewamy do suchych składników i lekko wyrabiamy.
Przekładamy masę do natłuszczonej keksówki. Pieczemy ok. godziny w temp. 180 stopni. Na ciepło jest super, chociaż trochę brzuch potem boli:)

niedziela, 17 kwietnia 2011

Pomarańczowe słońce



Jeden weekend luzu i już się człowiek rozleniwia. Nie wiem jak wy, ale ja im więcej mam do zrobienia, tym lepiej radzę sobie z czasem. Robię wtedy sto rzeczy na raz i mam wrażenie, że doba jest z gumy. A jak mam tzw. wolne, przez kilka dni, to czas znika a ja nie mam nic konkretnego na liczniku.

W każdym razie zwolniłam trochę, pogotowałam sobie, popiekłam, zaczęłam znowu biegać. Aż czułam jak ulatują ze mnie wszystkie toksyny. Przy okazji odkryłam w okolicy kilka sklepów pierwszej potrzeby, jeszcze tylko szewc i weterynarz, i będę ustawiona.

W sobotę wybrałam się na rynek, na Plac Szembeka, niedaleko mnie. Od głównej ulicy w ogóle go nie widać, nie wiedziałam więc za bardzo czego się spodziewać. Jakie zaskoczenie, gdy okazało się, że to całkiem spore targowisko, podzielone na część odkrytą i halową. Jaka mnogość wszystkiego, jaki gwar, jakie widoki i zapachy. Od razu się wzruszyłam, bo już myślałam, że będę skazana raczej na markety jeśli chodzi o warzywa i owoce. A tu proszę, zioła, miody, wędliny z małych wędzarni, jaja 'od baby', chleby wiejskie na zakwasie. Wszystko, czego się zachce. Ja zobaczyłam jeszcze dynię i cykorię na wagę, to już mogłam na tym rynku zamieszkać. Obkupiłam się podsumowując, oczywiście przytachałam za dużo wszystkiego, ale aż trudno było się oprzeć.
I jeszcze te hasła wymalowane na co niektórych straganach: np. 'nie wybierać samemu, bo będzie po łapkach'...

Słońce było takie piękne wczoraj, że należy wręcz pokazać słoneczne, makowe ciasto. Dobra rzecz:)

Ciasto makowo-pomarańczowe



Składniki:
1/3 szklanki suchego maku
1/2 szklanki mleka
18 dag miękkiego masła
1 szklanka drobnego cukru
3 jajka
2 łyżeczki skórki pomarańczowej świeżo otartej na drobnych oczkach
1/2 szklanki świeżego soku pomarańczowego
2,5 szklanki mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
kilka kropel esencji waniliowej
Syrop: 1/4 szklanki cukru, 2 płaskie łyżki masła, 1/3 szklanki świeżego soku pomarańczowego
Do dekoracji: kandyzowana skórka pomarańczowa

Przygotowanie:
Mak zalewamy mlekiem i odstawiamy na 30 minut. Ucieramy w mikserze masło z cukrem i wanilią, dodajemy podczas miksowania po jednym jajku. Gdy masa będzie gładka dodajemy skórkę, wlewamy sok i mleko z makiem i jeszcze krótko miksujemy.
Delikatnie łączymy masę z przesianą przez sitko mąką wymieszaną z proszkiem do pieczenia.
Masę przekładamy do okrągłej tortownicy wyłożonej pergaminem i posmarowanej masłem.
Ciasto pieczemy w temp. 200 stopni przez 45 minut do tzw. 'suchego patyczka'.
Zostawiamy na 5 minut w piekarniku przy wyłączonym grzaniu.

Składniki słodkiego sosu mieszamy i podgrzewamy, gotując nawet 2 minuty, aż powstanie klejący się syrop. W przepisie było podane, żeby ponakłuwać ciasto i nasączyć je tym syropem. To był fatalny pomysł, syrop zamienił lekki i puszysty biszkopt w klejącą masę i zniszczył ciasto.
Robiłam je potem po raz drugi i wystarczy bez nakłuwania polać je po wierzchu syropem i udekorować skórką pomarańczową.

Źródło: miesięcznik Kuchnia sprzed roku, ciasto było na okładce, bo jest wyjątkowo dekoracyjne, może pamiętacie...

czwartek, 14 kwietnia 2011

Chrzan nie tylko do jajek



Tego jeszcze nie było. Czytywałam czasem bloga Gwyneth Paltrow, bo bywało, że miała na nim różne eko ciekawostki, ale nie przypuszczałam, że zabierze się za pisanie książki kucharskiej...
I jest, do amerykańskich księgarni właśnie trafiła jej książka "My father's daughter". To zbiór prostych, łatwych do przygotowania przepisów, które mają zapewnić nam udany weekend z rodziną. Oczywiście jest tam sporo kuchni makrobiotycznej, bo aktorka, jak jej przyjaciółka Madonna, prowadzi ekstremalnie zdrowy tryb życia. Gwyneth zdradza podobno, że gotowanie od 10 lat jest jej główną pasją, choć gdy patrzy się na jej bardzo szczupłe ciało, bardzo trudno w to uwierzyć.



Jakkolwiek zupełnie nie przekonuje mnie ona w roli kucharki, książka pewnie i tak sprzeda się oszałamiająco, bo wszyscy będą chcieli jeść to co ona, i tak samo wyglądać. Tymczasem polecam Wam jej rewelacyjny występ w Saturday Night Live z 16.01. Serio, nie myślałam, że jest tak dobrą aktorką...

Przygotowania do Wielkanocy w nowym mieszkaniu idą jak krew z nosa. Lista zakupów się wydłuża, ale żadna pozycja z niej nie ubywa. Jedyne co mam w lodówce to krem chrzanowy, który w zasadzie używam cały rok do wędlin czy nawet jajek na twardo. Lekko słodki, kremowy, szczypiący w język.
Może wyda wam się to dziwne, ale z kremem chrzanowym można zrobić świetne bułeczki, na wypadek gdyby zostało go wam go trochę po świętach, polecam takie bagietki. Niepotrzebny zaczyn, robi się je bardzo szybko, zawsze się udają.
To przepis Liski z Pracowni Wypieków:

Bułeczki z chrzanem




Składniki:
20 g świeżych drożdży
150 ml ciepłej wody
1 łyżeczka cukru

350 g mąki pszennej
60 g miękkiego białego sera, użyłam serka twarogowego
40 g miękkiego masła
3 łyżki chrzanu (dałam więcej niż Liska)
1 łyżeczka soli
1 łyżka posiekanych ziół (użyłam suszonej bazylii, tymianku i czosnku niedźwiedziego)

Przygotowanie:
Drożdże, cukier i kilka łyżek wody mieszamy razem i odstawiamy w ciepłe miejsce aż ruszą. Potrwa to jakieś 15-20 minut. Gdy zaczyn będzie gotowy, dodajemy resztę wody, mąkę, twaróg i powoli resztę składników.
ugniatamy dłońmi aż masa będzie jednolita i zwarta. Ciasto formujemy w kulę, kładziemy w miskę i owijamy ręcznikiem - odkładamy do wyrośnięcia na 1,5 godziny.

Potem dzielimy ciasto na 4 części, jeśli chcemy mieć bagietki. Każdą część rozbijamy na dwie i wałkujemy aż zrobią się z nich rulony, które zaplatamy na przemian. Jeszcze raz przykrywamy bułki do wyrośnięcia na ok. 30 minut.

Blachę wykładamy papierem, posypujemy mąką i układamy bułki. Zwilżamy je delikatnie wodą by się ładnie przyrumieniły.
Wstawiamy na 20 minut do pieca o temp 200 stopni.

A potem jemy same, albo z sałatką śledziową, albo z wędliną. Z czym chcecie.
Pieczywo utrzymuje świeżość 2 dni, choć i potem jest zjadliwe.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Już na Wielkanoc



Dzięki wielkie wszystkim za życzenia i miłe słowa, proces zadomowiania się rozpoczęty:)
Kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że święta już za chwilę, nie za odległe parę tygodni. Święta spędzę w nowym mieszkaniu, w kameralnym gronie, liczę, że do tego czasu zdążę się oswoić z nową kuchnią, bo czeka mnie sporo gotowania i pieczenia. Czas nadrobić zaległości.

Dziś dzielę się przepisem na cisto, które idealnie nadaje się na wiosenne święta. Jest kaloryczne ale puszyste, cudownie lekkie w smaku, w sumie nie czuć, że się je je, co jest trochę zdradliwe, bo łatwo wsunąć połowę na raz. To sernik wiedeński, który robi się szybko i który z reguły się udaje.

Sernik wiedeński




Składniki:
Na ciasto:
serki homogenizowane tłuste - w sumie ma ich być 80 dkg (używałyśmy tych z łódzkiej mleczarni, dlatego podaję w gramach, żeby każdy sam kupił ile potrzeba)
6 jajek
1 szklanka cukru
3 łyżki mąki krupczatki
1 łyżka mąki ziemniaczanej
aromat waniliowy
rodzynki namoczone w rumie

Krem:
250 g mascarpone
250 ml śmietany 30-36%
2 łyżki cukru pudru

Przygotowanie:
Żółtka ubić na puch z cukrem. Dodać serki, wymieszane razem mąki, aromat, rodzynki i wymieszać delikatnie. Na końcu dodać ubitą pianę z białek, lekko wymieszać i wlać do wysmarowanej, okrągłej formy formy. Piec 45 min. w 180 stopniach. Gdy sernik zacznie rosnąć nie otwierać piekarnika, ciasto samo opadnie.



Na wystudzony sernik rozsmarować ubity mikserem krem i posypać cukrem pudrem.
Przechowywać w lodówce.

sobota, 12 marca 2011

Muffiny dla fashionistek


Ostatnio, gdzie nie otworzę gazety, nie wejdę na bloga, tam wszędzie cupcakes. Moda na babeczki ogarnia chyba wszystkich dookoła, widać to choćby po coraz większej ilości przepisów na nie, i ilości, ślicznych swoją drogą, stylizowanych cukierenek, gdzie można kupić te małe cuda.
Podobno modę na nie nakręciła Carrie Bradshaw, która kupowała ciastko w słynnej teraz dzięki serialowi Magnolia Bakery. Dlatego przywykło się uważać, że to ciastka związane z dobrym stylem, z modą, idealne dla młodej fashionistki, która nawet ciastka musi mieć jak spod igły.

Fakt, trudno o bardziej wystylizowane ciastka niż cupcake'i. Babeczkę zwykle wieńczy kupka smakowego kremu, na którego wierzchu piętrzą się lukrowe ozdoby. Serca, bałwanki, kurczaki, zależnie od okazji. Dla fanek mody nawet małe chanelki czy wysokie obcasy z lukru. Babeczkowa fantazja nie zna granic, ostatnio na rozmaitych eventach pojawiają się babeczki ozdabiane pikowaniami, jeansami, z lukru białego, miętowego, nawet czarnego. Jedna z moich znajomych zamówiła specjalne babeczki ze swoimi podobiznami na urodziny. Szaleństwo.

I chociaż z prawdziwą przyjemnością patrzę na cupcake's, to jednak przyjemność szybuje w dół, gdy zaczynam je jeść. 'It's not my cup of cake', parafrazując hasło z cukierni Lola's Cupcakes, teraz najmodniejszej w Warszawie. Za słodkie, za kremowe, za bardzo lukrowane. Nie można zjeść więcej niż jednej na raz bez mdłości i na drugi dzień są już do niczego. I jeszcze te kalorie...

Dlatego ja staję po stronie muffinek, które są o niebo zdrowsze, bardziej różnorodne, i można je jeść kilka dni pod rząd, bo nie tracą na smaku. I do tego mogą być zdrowe. Różnica między nimi a babeczkami jest taka, że nie mają kremu na wierzchu ani w środku, pełne są za to różnych dodatków - kawałków czekolady, bakalii. Można je piec z różnej mąki, dodawać otręby czy płatki owsiane, można je robić nawet z warzyw, na wytrawnie.

Postaram się pokazać tu kiedyś buraczane muffiny, na które przepis chwilowo gdzieś posiałam. A dziś przepis z bloga Moje wypieki, który jest mega zdrowy i dobry na przemianę materii. W zasadzie te muffiny a nie cupcake'i powinny być uznane za ciastka modowe, są w sam raz dla kogoś kto dba o linię, i spójrzcie, też się ładnie stylizują:)

Muffiny orkiszowe z suszoną śliwką



Składniki:
275 g mąki orkiszowej razowej
50 g płatków owsianych
120 g jasnego brązowego cukru
3 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki przyprawy korzennej do piernika
175 g suszonych śliwek bez pestek, posiekanych
1 jabłko, obrane i starte na tarce z dużymi oczkami
250 ml maślanki lub zsiadłego mleka (ja użyłam kefiru)
50 g masła, roztopionego
2 duże jajka

Przygotowanie:
W misce mieszamy suche składniki suche: mąkę, płatki, cukier, proszek, sodę, przyprawę korzenną.
W drugiej misce mieszamy składniki mokre: kefir, przestudzone masło, roztrzepane jajka.
Połączyć zawartość obu naczyń, dodać śliwki i jabłko, krótko wymieszać, aby składniki się połączyły.

Formę do muffinek wyłożyć papilotkami, do nich wyłożyć ciasto do 2/3 wysokości foremki. Piec w temperaturze 200ºC przez około 20 - 25 minut, sprawdzić patyczkiem czy już się w środku upiekły.
Dekorowanie zbędne:)



A tu dla porządku, fotografia lola's cupcakes, które niedawno przyniosłam do domu.
Smak podwójnie czekoladowy i korzenno-śliwkowy.

piątek, 18 lutego 2011

Ze Złotej Księgi Czekolady


Mam bardzo brzydką przypadłość... Kiedy bardzo czegoś chcę, zrobię wszystko żeby to dostać. Wydaje mi się wtedy, że życie będzie lepsze i pełne, gdy będę to miała. A ja będę wtedy spełniona i kompletna. Brzmi jakbym szukała jakichś wielkich rzeczy w życiu, ale zwykle chodzi o prozaiczne sprawy, książki, buty, torebki, kosmetyki czy miski do kuchni. Klasyczny przypadek zakupoholizmu i kompensowania sobie różnych rzeczy zakupami.

Złota Księga Czekolady chodziła za mną kilka miesięcy, zanim postanowiłam, że ulegnę jej w sposób przewrotny. Nie kupię sama, tylko każe kupić ją sobie na urodziny (dzięki dziewczyny:). Zachwyciłam się nią, obwąchałam, obmacałam, ze dwa tygodnie leżała na widoku i snułam plany pieczenia czekoladowych gór, a potem przy sprzątaniu położyłam ją na półkę i tak sobie tam biedna i porzucona leży. Moja miłość jest jak widać krótka i nietrwała.

Przeprosiłam się z nią niedawno, bo nie zasłużyła na takie traktowanie. To świetne pozycja, pięknie wydana, przepisy są efektowne i o różnym stopniu trudności. Na początek nie chciałam się zniechęcać swoimi nieudanymi wypiekami, wybrałam więc czekoladowe palmiery. Nie do spaprania:)

PS: Czy zauważyliście, czy macie już w swoich spiżarkach ciasteczka Oreo, które ze 2 tygodnie temu weszły na nasz rynek?
To czekoladowe markizy, które dotąd można było kupować tylko za granicą. Ciasteczko jest gorzkie, mocno czekoladowe, a w środku ma śmietankowy biały krem. Ja lubię jeść je w całości, nie jak na reklamach.
Do Polski wprowadza je Krafts Food i podobno chce podbić rynek. Prawdę mówiąc jestem ciekawa jak im się to uda, skoro 370 gramowa paczuszka kosztuje 7 zł.
To niby nie dużo, ale jakoś nie widzę, jak Polacy pędzą po ciastka za tę cenę, skoro zwykle wykosztowują się na Delicje.

Palmiery czekoladowe



Składniki:
opakowanie ciasta francuskiego
tabliczka gorzkiej czekolady
2 łyżki gorzkiego kakao
2 łyżki brązowego cukru
2 łyżki cukru pudru

Przygotowanie:
Roztapiamy czekoladę w kąpieli wodnej. Wyjmujemy ciasto z lodówki i zaznaczamy jego środek. Smarujemy je lekko przestudzoną czekoladą po całej powierzchni i posypujemy kakaem przez sitko. Wtedy zawijamy boki do siebie w rulon, tak żeby spotkały się w środku ciasta. Następnie obtaczamy szybko rulon w cukrze pudrze (ciasto robi się miękkie od czekolady) i wstawiamy na jakieś 15 minut do lodówki, zawinięty w papier do pieczenia. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 200 stopni.
Po wyjęciu kroimy rulon w 1 centymetrowe plastry, i układamy na blasze w 2 centymetrowych odstępach. Posypujemy po wierzchu brązowym cukrem i wstawiamy na ok. 10 minut. Trzeba kontrolować sytuację, bo ciastka łatwo się palą. Dobre na ciepło i na zimno.

wtorek, 1 lutego 2011

Francuskie ślimaczki i żabie oczka



Tytuł może dziwny, ale jest to odpowiedź na pytanie, co zrobić z imbirowym specjałem.
Kontynuując poprzedniego posta, chciałam dać dziś przykład, że bananowo-imbirowy specjał pasuje nie tylko do naleśników.
Jego możliwości są w zasadzie nieograniczone, a jednym z jego zastosowań może być zrobienie szybkich a efektownych ciasteczek. Jeśli ktoś nie lubi rzeczy super słodkich a woli jak go lekko coś ukąsi w język, to ślimaczki powinny mu smakować.

Francuskie ślimaczki



Składniki:
ciasto francuskie (np.Henglein)
specjał bananowo-imbirowy

Przygotowanie:
Rozwijając ciasto, kroimy je w 2-centymetrowe paski. Z jednej strony każdy pasek przecinamy po środku na długości 1.5cm. Smarujemy lekko specjałem i kładąc na końcu kawałek imbiru, również lekko zwijamy w rulon. Rozdwojony koniec staramy się zlepić na stojąco (co przyznam nie zawsze się udaje, bo ciasto jest miękkie).

Wstawiamy do nagrzanego piekarnika do 180 st. i pieczemy przez 15 min.

Żabie oczka



Składniki:
specjał bananowo-imbirowy (lub jakikolwiek dżem)
50 dag mąki
15 dag drobno startej marchwi (2 średnie)
2 żółtka
25 dag masła
płaska łyżeczka proszku do pieczenia
cukier puder
2 łyżki cukru (nie było w przepisie, ale okazał się potrzebny)
tłuszcz do formy

Przygotowanie:
Przesianą mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, posiekać z masłem. Dodać marchew, żółtka, wymieszać i zagnieść ciasto. Rozwałkować je na placek grubości ok. 4-5 mm i szklanką wyciąć krążki. Z połowy krążków kieliszkiem wyciąć dziurkę. Na całe ciastka nakładać specjał i przykryć je krążkiem z dziurką (ewentualnie uzupełnić dziurkę kawałkami imbiru).
Gotowe układać na posmarowanej blasze. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 st. i piec 20 min.
Gdy ciasteczka nieco przestygną, posypać je cukrem pudrem.
Przepis pochodzi z jednej z małych książeczek "Poradnika domowego", które są ostatnio dodawane do "Kuchni".

niedziela, 16 stycznia 2011

Za Włochy!



I minął rok. Pamiętam jak robiłam pizzę na poprzedni Międzynarodowy Dzień Kuchni Włoskiej (wypada jutro, 17 stycznia), i wydaje mi się, że to było wczoraj.

Kuchnia włoska jest o tyle fajna, że zawsze każdemu przypasuje. Nie znam nikogo, kto by nie lubił pizzy, pasty czy risotta. A już szczególnie dobrze pizza wchodzi w tzw. 'dzień po'. Wśród moich znajomych zaczynają się powoli obchody 30. urodzin i są to zwykle imprezy traumatyczne, pełne niewesołych konstatacji i jeszcze gorszych przewidywań na przyszłość. Dochodzenie po tych nocach do siebie niestety nie jest tak szybkie jak jeszcze 10 lat temu, i to także temat niewesoły.
Najlepiej więc te smutki zajeść. A skoro mamy okazję, to wsuwamy focaccię.

Ta pochodzi z przepisu Jamiego Olivera, pięknie wyrasta, można ją sobie odgrzewać następnego dnia i nic na tym nie traci (tylko podgrzewając lepiej ją skropić wodą).

Focaccia wg. Jamiego



Składniki:
400 gr białej mąki chlebowej (użyłam typu 750)
100 gr semoliny
2 łyżki suszonych ziół, bazylia, tymianek, oregano, rozmaryn
1 saszetka suszonych drożdży
1/2 łyżki cukru trzcinowego
1/2 łyżeczki soli
200 ml letniej wody
oliwa z oliwek 'na oko'
opakowanie pomidorków koktajlowych
pół słoika suszonych pomidorów
kulka mozzarelli
pół opakowania fety
garść startego jeszcze jednego gatunku sera, ja miałam goudę, ale może być ser pleśniowy, parmezan, czy jaki lubicie

Przygotowanie:
Do miski wsypujemy obie mąki, sól, zioła i mieszamy. Rozpuszczamy w wodzie cukier i drożdże i odstawiamy na kaloryfer na jakieś 15 minut, aż drożdże ruszą. Robimy w mące dołek. Powoli wlewamy rozczyn, delikatnie już mieszając. Potem mieszamy dokładnie i wyrabiamy ciasto przez ok. 5 minut aż będzie elastyczne. Następnie smarujemy miskę oliwą, kładziemy do niej ciasto, przykrywamy i odstawiamy na ok. godzinę aż wyrośnie. Powinno się powiększyć 2-krotnie. Gdy wyrośnie, odgazowujemy je, uderzając w nie pięściami.

Następnie dużą blachę przykrywamy papierem do pieczenia i kładziemy na nią ciasto, rozciągając je dłońmi w dowolny kształt - moje pokryło prawie całą blachę. Palcami powgniatałam je w różnych miejscach, żeby powkładać w nie potem pomidorki koktajlowe. Rwiemy mozzarellę na kawałki, łamiemy fetę, ścieramy trzeci ser, kroimy pomidory suszone i układamy wszystko na cieście. Posypujemy ziołami, świeżymi jeśli mamy i skrapiamy oliwą. Odstawiamy na jeszcze 20 minut w ciepłe miejsce do ponownego wyrośnięcia.

Wstawiamy do nagrzanego do 220 stopni piekarnika i pieczemy jakieś 20-25 minut. Wierzch powinien się zrumienić a wnętrze będzie wysokie i mięciutkie.


Źródło: Kuchnia

piątek, 24 grudnia 2010

Piernik od Amaro


Jak lubicie rozpakowywać prezenty? Szybko i niecierpliwie rozrywać papier, rozrzucając go dookoła czy powoli i delikatnie, celebrując chwilę? Ja lubię powoli, żeby ten moment jeszcze przeciągnąć w czasie. A potem lubię sobie taki prezent/y ustawić gdzieś na stole czy biurku i na niego spoglądać - jednym słowem, musi on swoje troszkę odstać zanim zacznę go używać czy schowam go do szafy. Taki okres ochronny na niego sobie robię. Jedno z małych dziwactw:)

Na święta zdążyłam zrobić w tym roku tylko piernik, i to dlatego, że z wyprzedzeniem. Nie mam tym razem specjalnie świątecznego nastroju, nie zdążyłam się wczuć w klimat ani odpowiednio nastroić. I jeszcze to, że to tylko weekend sprawia, że już widzę na horyzoncie poniedziałek i powrót do normalności.

Ale nawet jeśli mamy tylko te 3 dni, postarajmy się żeby było uroczyście, na ile się da. Mnie pomaga w tym zapach, korzenne przyprawy zdziałają cuda w tym temacie.

Poniżej przepis na piernik według Wojciecha Modesta Amaro, który mnie swoją kuchnią nie zachwyca, ale tym razem akurat nie cudował z pianką o smaku piernikowym, tylko zaproponował normalny wypiek. Piernik po odstaniu tygodnia jest miękki, lekko wilgotny, niezbyt ciężki.

Życzę wszystkim jak najwięcej czasu dla siebie i umiejętności celebrowania wolnych chwil.

Świąteczny piernik



Składniki:
500 gr mąki pszennej
50 gr cukru trzcinowego
50 gr cukru muscovado (Amaro dał 100 gr cukru białego)
200 gr miodu - dałam lipowy
150 gr masła
4 jaja
50 ml kwaśnej śmietany
3 łyżeczki przyprawy piernikowej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki kakao

Przygotowanie:
Masło utrzeć z cukrem, w trakcie dodawać po 1 żółtku. Podgrzać miód i wlać go do masy - ponownie utrzeć. Pod koniec dodać śmietanę.
W misce wymieszać wszystkie sypkie składniki i powoli dodawać je do płynnej masy.
Ubić 4 białka na pianę i delikatnie je wymieszać z ciastem.
Nasmarować keksówkę masłem i przelać do niej ciasto.
Piec ok. 50 minut w temperaturze ok. 170 stopni.
Sprawdzać czy ciasto doszło patyczkiem.
Piernik można potem przekładać powidłami śliwkowymi i polać czekoladą. Ja jednak nie miałam na to ochoty - wolę tym razem sam smak piernika, bez dodatków.


Wesołych Świąt!

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Mój pierwszy sernik


Nigdy nie byłam i nie zostanę zdeklarowaną fanką serników, ja należę raczej do tych co wolą ciasta kruche albo ciężkie czekoladowe. Ale czasami miewam na sernik ochotę i to ciasto jest tego wynikiem.
Przekopałam się przez jakieś 20 przepisów z internetu, wiedziałam czego szukam, i zdecydowałam się na sernik Kasi z bloga "Gotuję bo lubię", przepis jest tutaj.
Udał mi się nadspodziewanie dobrze, aksamitny, z nutą cynamonu i grubą polewą czekoladową na wierzchu - i wyglądał tak pięknie i świątecznie, że szkoda mi go było kroić. W przepisie zmieniłam:
* dodałam ok. 1 łyżeczki cynamonu do spodu ciasta, goździki i trochę więcej ciastek
* do samego ciasta dałam masę krówkową orzechową i nie było konieczności podgrzewania jej
* wierzch zrobiłam z roztopionej całej tabliczki czekolady z łyżką masła i jak zastygał posypałam go płatkami migdałowymi

Ostatnio opuściłam się w blogowaniu swoim i zaglądaniu na inne blogi, czasowo po prostu nie wyrabiam. Codziennie podróżuję PKP i w sumie mam wrażenie, że więcej czasu spędzam w pociągu niż w samej pracy - bo tam czas płynie szybko. Ile to się można w pociągach nasłuchać i napatrzeć! Bezcenne! Te dialogi, cały przekrój dziwnych i dziwacznych zachowań ludzkich, twarzy za które reżyser castingu filmowego dałby się pokroić.
Tak sobie myślę, że wspólna podróż, nawet taka krótka, to jest pewnego rodzaju romans. Szczególnie widać to, gdy samemu już się siedzi w przedziale i zaczynają zbierać się ludzie. Co sprawia, że mając jeszcze wolne miejsca w innych przedziałach, ludzie siadają akurat w tym przedziale? Co sprawia, że ja pchnięta impulsem, błyskawicznie decyduję czy otworzyć drzwi czy iść dalej? Decyduje tylko ułamek sekundy... Bywa, że w przedziale robi się fajna atmosfera, można zamienić z ludźmi kilka słów, a czasem jest gęsto że można nożem kroić. Bawi mnie czasem obstawianie na kogo trafię tym razem...

Sernik 'dulce de leche'



Składniki:
Spód:
paczka herbatników digestive + 1/2 paczki herbatników Bebe
100 g masła
1 łyżeczka cynamonu, szczypta goździków

Masa serowa:
1 kg twarogu President
1 szklanka cukru
4 jajka
kubeczek kremówki - Bakoma
1 puszka masy krówkowej orzechowej
1 budyń waniliowy

Wierzch:
tabliczka gorzkiej czekolady + 1 łyżka masła
garść płatków migdałów

Przygotowanie:
Ciastka mielimy w torebce na proszek - najlepiej tłuczkiem, dodajemy cynamon i goździki i roztopione masło. Taką masą wykładamy tortownicę, dociskamy dokładnie tłuczkiem do ziemniaków i wstawiamy do lodówki. Ser ubijamy z cukrem, dodajemy jajka, kremówkę, kajmak i wsypujemy budyń. Całość miksujemy jeszcze chwilę i wylewamy na spód z ciastek. Pieczemy w temperaturze 180 stopni ok. 70 minut. Ja na 10 minut przed końcem wyłączyłam górne grzałki. Odstawiamy na noc do lodówki.




Nazajutrz roztapiamy czekoladę z masłem, smarujemy ciasto i posypujemy płatkami. Trzymamy je potem w lodówce.
Wbrew pozorom, tak jak pisze Kasia, ciasto wcale nie jest za słodkie, jest w sam raz, delikatne i puszyste.

środa, 8 grudnia 2010

Marchwiowe czy marchwiowe?



Jakoś tak się utarło mówić, że ciasto to przyszło do nas z Ameryki. Podobno faktycznie tak było, chociaż ja na swoich lekcjach angielskiego uczyłam się też, że jada się je i w Wielkiej Brytanii. Czemu marchew? Bo w biednych czasach o marchew było najłatwiej - czasami źródło najlepszych przepisów okazuje się tak bardzo banalne...

Niektórzy nazywają je chlebkiem - jak bananowy czy kokosowy, jedni sypią do przepisów mąkę, inni leją miód a inni oliwę. Jedni polewają gorzką czekoladą (ja tak robię) lub lukrem a jeszcze inni robią grubą polewę ze słodkiego serka białego. Tradycyjnego przepisu chyba brak, wszędzie krąży cała masa zmutowanych, robionych po swojemu - domowemu - sposobów.



My miałyśmy 2 różne przepisy, oba kombinowane z kilku innych. W 2 kolejne tygodnie robiłyśmy kolejne ciasta. Polecam ten sposób, łatwiej odnaleźć smak, którego intuicyjnie szukamy. Ja wolałam ciasto z pierwszego wypieku, choć trochę się spiekło (jest z nim ten problem, że na zewnątrz jeszcze się dopieka w środek ma już dosyć) - było dla mnie lżejsze niż drugie, bardzo aromatyczne ale i miękkie oraz nasączone - to wolała moja mama.
Miałam jeszcze próbujących przy pierwszym cieście, ale nie załapali się już na drugie, więc ich zdanie nie będzie tu brane pod uwagę:)

Dla mnie marchwiowe ciasto to jednak okolice świąt. Jeśli nie chce się komuś robić piernika albo zrobi go i nie może on dotrwać świąt, to marchwiowe ciasto z korzenną przyprawą i bakaliami też się sprawdzi.

Jak zobaczycie poniżej, przepisy niewiele się różnią - ale to zupełnie inne ciasta. Dopiero tu widać, jak bardzo ważne jest trzymanie się proporcji, niby drobne zmiany a nie wyjdzie nam to samo...

Uwaga: pierwsze zdjęcie w poście jest z przepisu 2, dwa kolejne z 1 przepisu, i ostatnie z 2.

Ciasto marchwiowe I




Składniki:
3 szklanki marchwi startej na drobnych oczkach
1 1/4 szklanki zmielonych orzechów włoskich
2 szklanki cukru
2 szklanki mąki
5 jaj
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka cynamonu
rodzynki 'na oko'
starta skórka z cytryny
1/2 szklanki oleju
1 gorzka czekolada
garść krokantu do ozdoby

Przygotowanie:
Ubić pianę z białek. Osobno ubić żółtka z cukrem. Dodać olej, mąkę z proszkiem, sodą i cynamonem. Dosypać marchew, rodzynki i orzechy. Wymieszać dokładnie. Dodać pianę i lekko wymieszać. Piec w 180 st. ok. godzinę. Radzę nie patrzeć na wierzch, tylko kontrolować sprawę patyczkiem. Forma duża, prostokątna. Ciasto należy polać roztopioną czekoladą i posypać orzeszkami.

Ciasto marchwiowe II



Składniki:
200 gr zmielonych orzechów włoskich
100 gr zmielonych migdałów
300 gr startej marchewki
300 gr cukru pudru
6 jajek
2 czubate łyżki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
starta skórka z cytryny
czubata łyżeczka cynamonu
rodzynki - dowolna ilość
1 gorzka czekolada do polewy + łyżka masła

Przygotowanie:
Ubić na sztywno białka. Osobno utrzeć żółtka z cukrem. Dodać pozostałe składniki i dokładnie wymieszać. Następnie dodać pianę z białek i znów delikatnie wymieszać. Przelać ciasto do wysmarowanej formy i piec w piekarniku nagrzanym do 180 st. około godziny. Formę wybrałyśmy okrągłą o średnicy 26 cm. Na ostudzone ciasto wylać roztopioną z łyżką masła czekoladę.

piątek, 3 grudnia 2010

Po łyżce miodu



Nie wyobrażam sobie zimy bez osłody miodu. To pierniki z miodem czy bułka z masłem posmarowana miodem. Nie ma jak herbata z miodem i cytryną (choć nie powinno się dodawać miodu do gorącego, bo traci swoje właściwości)!
Nie wiem czy wy tak robicie, ale ja, jak mam spierzchnięte usta, smaruję je miodem i tak chodzę po mieszkaniu, ukradkiem go zlizując. Taka powoli dawkowana słodycz...

Chyba nikogo nie muszę przekonywać do kupowania miodu, przekonywać za to warto do tego, żeby nie kupować ich byle gdzie. Naprawdę nie warto tego robić w marketach, gdzie czasem wprost na etykiecie możemy dowiedzieć się, że to produkt miodopodobny. Ja najchętniej kupuję je na rynku, gdzie stoi sobie pan co przywiózł danej soboty kilka litrów miodu i ma dostępne raptem ze trzy odmiany. Jak go można zapytać na miejscu co i jak z tym miodem, gdzie pasieka i o co chodzi z tą krystalizacją, to od razu taki miód nabiera dla mnie wiarygodności. Niepotrzebny wtedy papierkowy certyfikat.

A o co chodzi z tą krystalizacją? Kiedyś myślałam, że miód to musi być płynny i irytowało mnie, że osadza się na ściankach słoika. Teraz krystalizacja jest dla mnie gwarancją, że miód jest naturalny. Stopień i szybkość jego krystalizacji zależy od stosunku glukozy do fruktozy w miodzie. I tak, jedne miody już po kilku dniach zaczynają się zasklepiać (jak rzepakowy) a inne, jak akacjowy czy spadziowy, mogą być płynne nawet do około roku.
Ciekawe, że teraz podobno bywają naturalne miody, które nie ulegają długo krystalizacji, bo pszczelarze ulegają naciskom klientów i stosują dekrystalizatory, czyli przed rozlaniem miodów do słoików podgrzewają je do wysokiej temperatury, żeby ładnie wyglądały w momencie kupna. Z czasem jednak i te się 'zcukrzają'.

Ja właściwie cały czas używam lipowego, ale z rzadka robię sobie odmianę z gryczanym - podobno polecanym przy nerwicach;-). Ostatnio popularne są różne cuda z dodatkiem wanilii czy lawendy, ale nie jestem do nich przekonana w wersji sklepowej. Chyba im prościej, tym lepiej.

Dziś przepis z łyżką miodu - pochodzi z bloga "Moje Wypieki"

Muffiny z gruszkami i imbirem



Składniki:
250 gr mąki pszennej - czyli 1 i 2/3 szklanki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
150 gr drobnego cukru - czyli jakieś 2/3 szklanki, może trochę mniej
75 gr jasnego brązowego cukru + do posypania muffin przed pieczeniem
1 łyżeczka imbiru mielonego
140 ml kwaśnej śmietany
125 ml oleju
1 łyżka miodu
2 jajka
2 gruszki, obrane i pokrojone w kostkę

Przygotowanie:
W jednym naczyniu wymieszać składniki suche: mąkę, proszek do pieczenia, cukier biały i brązowy, imbir.
W drugim naczyniu wymieszać składniki mokre: olej, roztrzepane jajka, śmietanę, miód. Połączyć ze składnikami suchymi, krótko wymieszać, tylko do połączenia składników. Dodać pokrojone gruszki i wymieszać.

Naszykować formę na muffiny, wyłożyć ją papilotkami, rozlać ciasto do ok. 2/3 wysokości foremki i posypać brązowym cukrem każdy niewyrostek.

Piec w temperaturze 200 stopni jakieś 20-25 minut aż się zezłocą. Muffiny są wilgotne w środku, niezbyt słodkie - wytrzymują 3 dni po upieczeniu.