Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smażone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smażone. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 września 2011

Nam Sajgon i Sunanta


Byłam ostatnio w dwóch miejscach, które diametralnie różniły się od siebie cenami, poziomem obsługi i jedzeniem. I co ciekawe, satysfakcja była odwrotnie proporcjonalna od oczekiwanej.

Po pierwsze, restauracja tajska Sunanta, dobrze znana w Warszawie, o ugruntowanej, pozytywnej opinii. Słyszałam o niej same dobre rzeczy i zabrałam tam mamę na jej urodziny. Podobało mi się, że karta nie obezwładnia ilością dań, wystrój był całkiem jakbym była na Bali, nie było tłoku, choć obsługa nie kwapiła się do podejścia do nas. Wybrałyśmy tajską zupę rybną z trawą cytrynową o jednej papryczce ostrości. Potem ja zamówiłam zielone curry z wołowiny (znowu jedna papryczka) a mama ryż smażony z trzema rodzajami mięs i krewetką. Okazało się, że krewetek nie ma, nie wyjaśniono nam czy w zamian będzie więcej mięsa czy cena ulegnie zmianie (nie uległa). Ryż okazał się nie posiadać absolutnie żadnych warzyw, nic w stylu groszku zielonego, marchewki czy nawet kolendry, był słabo przyprawiony i zwyczajnie lepsze podają u tzw. 'chińczyków', i na pewno nie za 36 zł!
Moje dania były piekielnie ostre mimo jednej papryczki - nie żartuję wycisnęły ze mnie łzy, szumiało mi w uszach i prawie nie czułam smaku. Nie na tyle jednak, żeby nie czuć, że mięso jest żylaste a zupa to jedynie cienki bulion z 3 małymi kawałkami ryby i skorupką po krewetce na dnie...
Rachunek, ponad 140 zł przy całkowitym braku zadowolenia, a wręcz rozżaleniu, że nabito nas wyraźnie w butelkę. Już udało mi się kogoś odwieść od wizyty tam, i zamierzam tę niesławę szerzyć gdzie tylko się da.



I druga wizyta - w barze Nam Sajgon na Brackiej (przenosiny ze Stadionu X-Lecia), koło Między Nami Cafe. To wietnamska restauracyjka, w zasadzie jadłodajnia, sądząc po ilości przewijających się ludzi i rozmiarze lokalu - po której nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, jako że nie w jednej takiej knajpie jadłam. I choć sporo mówi się o niemiłej obsłudze tam, mnie się nic podobnego nie przytrafiło. Karta wyjątkowo ograniczona jak na tego typu miejsce, za to te kilkanaście dań w różnych odmianach, to sama klasa. Mięso jest tu soczyste, miękkie, podawane z warzywami świeżymi a nie z mrożonki, ze świeżym selerem naciowym , kiełkami, kapustą pak choi, posypane dopiero co ściętą kolendrą. Dania podaje się na talerzach, z pałeczkami, sosami w porcelanowych podstawkach - no po prostu pychota. Próbowałam kilku dań, dwukrotnie makaronu smażonego z wołowiną, ryżu smażonego z kurczakiem, i zdaje się pieczeni - wszystko było bardzo pyszne, nie zalane sosem z glutaminianem sodu po którym zamieniam się w smoka wawelskiego. Podane sprawnie i szybko, i nie trzeba czekać na rachunek, bo płaci się przy zamówieniu. A ceny - po ok. 14-16 zł za danie, z piciem po 5 zł.
Niestety zdjęcia posiadam tylko z Nam Sajgon, w Sunancie nie miałam ze sobą aparatu:(

Przykład jak bardzo cena nie odzwierciedla w restauracjach jakości i starań właścicieli. Pozwoliłam się sobie wyżyć, bo warto polecać sobie fajne miejsca i ustrzec kogoś przed popełnieniem błędu.

Sunanta - Warszawa, ul. Krucza 16/22
Nam Sajgon - Warszawa, ul. Bracka 18

niedziela, 14 sierpnia 2011

Falafel z sosem tahini



Zwykle pod koniec nocnej imprezy dopada mnie głód, który zaspokoić może tylko kebab barani lub falafel z sosem czosnkowym. Niestety, 3 kulki z ciecierzycy to zawsze za mało, żeby się nasycić. Już od dawna chodziła za mną potrzeba zrobienia falafela, ale w pamięci miałam jak kiedyś przy miksowaniu zbyt twardej cieciorki, zepsuł się malakser.
Tym razem pamiętałam, żeby ją wcześniej moczyć przez 12 godzin...

Robienie falafela jest bardzo czasochłonne. Wszystko zajęło mi jakieś 3 godziny, i pod koniec przeklinałam już moment, w którym w ogóle o tym pomyślałam. Ale gdy falafel jest już gotowy, i chrupiące kulki czekają na talerzu, to faktycznie jest satysfakcja. To był mój pierwszy raz, i kule wyszły trochę za suche, więc w przepisie podaję już w wersji, która powinna być bardziej wilgotna.

Zwykle falafel jada się z sosem czosnkowym, ja zrobiłam rewelacyjny sos z pastą sezamową tahini, teraz będę go stosowała częściej, do ryby czy kurczaka satay.

PS: W Warszawie na Francuskiej jest świetny kebab, do którego dodają hummus. Polecam!

Falafel z sosem tahini




Składniki:
400 gr ciecierzycy
3 ząbki czosnku, rozgniecione
1 duża cebula
skórka starta z 1 cytryny + 1 łyżeczka soku z cytryny
garstka świeżej mięty, kolendry i tymianku
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka kolendry mielonej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
olej arachidowy - kilka łyżek
sól, pieprz

Sos:
1-2 łyżki tahini
opakowanie jogurtu greckiego
1-2 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka miodu
1 łyżka ciepłej wody

Przygotowanie:
Ciecierzycę moczymy w zimnej wodzie przez 12 godzin, potem płuczemy. Miksujemy ją po 3 łyżki stołowe w blenderze - najlepiej zamykanym, bo strasznie pryska. Zmielona cieciorka powinna mieć konsystencję kruszonki. Osobno miksowałam zioła, przyprawy z olejem. Potem łączymy wszystko razem, mieszamy porządnie i formujemy kule wielkości piłeczki golfowej. Z tej ilości wyszło ich ok. 20.
Przykrywamy je folią i chłodzimy ok. godzinę.

W międzyczasie robimy sos - mieszamy wszystkie składniki.

W głębokiej patelni rozgrzewamy pół butelki oliwy i smażymy falafele na średnim ogniu, przewracając stopniowo, by były równo brązowe. Osączamy na papierze.

Możemy jeść falafele z pitą, w tortilli, ale możemy też zjeść je palcami maczając w sosie, co jest najwygodniejsze.

Przepis pochodzi z książki Gordona Ramseya - "Kuchnie świata".

niedziela, 5 czerwca 2011

Co ci leży na wątrobie?


Znów mnie wessało.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ostatnio sporo jadam poza domem, i gotuję w sumie tylko w weekendy. W ostatni weekend byłam na przykład na nowym filmie Larsa von Triera, "Melancholia", który zupełnie mnie oszołomił. Kilka lat temu pisałam o jego filmach pracę magisterską, i byłam przesiąknięta klimatem "Europy", "Dogville" czy "Idiotów". Potem nasze drogi trochę się rozeszły, ale od "Antychrysta" znowu obserwuję Larsa czujnie. "Melancholia" jest dla mnie dowodem, że jest jednym z największych (dla mnie chyba najważniejszym) reżyserem na świecie.
W każdym razie film opowiada o końcu świata, i w tym kontekście zastanawiałam się potem jaki byłby mój ostatni posiłek, gdybym wiedziała, że będzie ostatni. Przypomniało mi się, że Anthony Bourdain opowiadał kiedyś, że wszyscy ci najwięksi kucharze, którzy na co dzień podają wykwintne pieczenie, foie gras czy skomplikowane konstrukcje z ciasta i owoców, na swój ostatni posiłek wybraliby żeberka, krwisty stek czy pomidorówkę swojej mamy.

Coś w tym jest, że najlepsze dla nas smaki to wcale nie te najbardziej wykwintne, tylko te, które kojarzą nam się z różnymi dobrymi emocjami. Które generują wspomnienia, poczucie bezpieczeństwa.
Ja chyba wybrałabym porządne placki ziemniaczane. A Wy?

A dziś powracam właśnie do dań, które zapomniano. Już pisałam kiedyś o podrobach, którymi trochę się u nas teraz pogardza, choć mamy długą i bogatą tradycję przetwarzania ich. Wątróbka - wcale nie musi być smażona ani w gulaszu z kaszą. Są dowody na to, że można ją podać nowocześnie, nawet orientalnie. I może to być świetny posiłek. Dowody poniżej.

Wątróbka smażona w woku z zielonym ogórkiem

Składniki:
500 gr drobiowej wątróbki, oczyszczonej i pokrojonej w plastry
1 zielony ogórek
1 dymka
1 papryczka chili (użyłam suszonej)
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka mąki kukurydzianej
1-2 łyżki cukru
1 łyżeczka białego octu winnego
oliwa, woda, sól

Przygotowanie:
Dwie godziny przed smażeniem marynujemy wątróbkę w mieszance sosu sojowego i maki kukurydzianej. Ogórka kroimy w słupki, dymkę w plastry, zostawiamy trochę szczypiorku.
W rozgrzanym mocno woku podgrzewamy oliwę i smażymy dymkę z chili. Wrzucamy wątróbkę i smażymy aż się zetnie, stale mieszając (bez obawy, nic nie pryska). Dodajemy ogórek i szczypiorek, znowu smażymy 2 minuty. Wlewamy ocet winny, dodajemy cukier i trochę wody. Doprowadzamy do szybkiego wrzenia by woda odparowała. Solimy na końcu (bo wątróbka może stwardnieć).
Podajemy posypane jeszcze szczypiorkiem albo siekaną kolendrą. Samo lub z ryżem.

Przepis: My Kitchen

czwartek, 26 maja 2011

Szparagiem po łapkach


Trudno się im oprzeć jak wychylają ze straganów swoje fioletowe główki. Smukłe, jędrne, gibkie, kokietują już z daleka.
Uległam, chociaż plany obiadowe były zupełnie inne początkowo. Ale skoro szparagi same się wprosiły, to na szybko szukałam przepisu godnego dla takich gości.

Miałam jeden, Agnieszki Kręglickiej, na temat której niedawno były tu peany. Ale co zrobić, skoro większość jej przepisów jest po prostu świetna.

Zielone szparagi w Łodzi dostać było trudno, tu jest ich zatrzęsienie. Są co prawda droższe niż te białe (stosunek 3-4 do 7 zł), ale są o niebo lepsze. Bardziej orzechowe, świeże, z mniejszą ilością łyka. Idealnie nadają się do dań z woka, smażone szybko na dużym ogniu stają się chrupkie i idealnie korespondują z orzechowo-orientalną marynatą.

Szparagi orientalne z woka z wołowiną




Składniki:
makaron chiński
300 gram wołowiny (gulaszowej lub zrazówki) pokrojonej w kawałki
pęczek zielonych szparagów
3 ząbki czosnku, rozgniecione
kawałek imbiru starty na drobno
dymka, cebulka i nać
1 chili
sos sojowy ciemny
sos ostrygowy
ocet ryżowy
olej sezamowy
sezam, oliwa

Przygotowanie:
Mięso marynujemy w imbirze, czosnku, occie ryżowym i oliwie całą noc
Szparagi obieramy do 1/3 wysokości i podgotowujemy chwilę. Potem kroimy w ukośne kawałki. Makaron gotujemy według przepisu.
W woku na gorącej oliwie szybko przesmażamy pokrojoną cebulkę, wrzucamy mięso w marynacie, dodajemy papryczkę i smażymy podlewając lekko olejem sezamowym i sosem ostrygowym. Dodajemy szparagi i dalej smażymy mieszając. Wlewamy sos sojowy (dopiero teraz, bo sól szkodzi wołowinie - twardnieje). Dodajemy makaron na chwilę, by przeszedł smakiem i wchłonął sos. Nakładamy na talerz.
Podsypujemy pokrojonym szczypiorkiem z dymki i sezamem.

Nieskromnie powiem, że danie jest rewelacyjne i sama nie mogłam się siebie nachwalić:)

piątek, 31 grudnia 2010

Żadnych postanowień



Żeby było jasne - nie znoszę Sylwestra, całej tej przymusowej zabawy i niepotrzebnej pompy. Koniec czy początek Nowego Roku to dla mnie żadna specjalna data, staram się zwykle doczekać do północy i sobie potem odpuszczam.
Podobnie z noworocznymi postanowieniami, nie wiem czemu akurat teraz mielibyśmy sobie coś przyrzekać, trochę mnie to bawi.

Jakiś czas temu tak bez okazji postanowiłam sobie kupować jedzenie prawdziwe. Unikać jak ognia wszelkich instantów, konserwantów, kupowania jajek, mięsa i owoców niewiadomego pochodzenia. Idealnie w te założenia wpisała się książka, która wpadła mi niedługo potem w ręce. Mało u nas znana, za Oceanem zrobiła furorę. Michael Pollan, dziennikarz NY Timesa, zajmujący się tematyką żywienia, napisał książkę "W obronie jedzenia", która czarno na białym pokazuje nam, że zmierzamy do samozagłady. Coraz mniej mamy wpływ na to co jemy, nie znamy połowy składowych produktów, które pochłaniamy - bo kto wie, co znaczą wszystkie E i inne cuda wkładane przykładowo w chipsy? Jeszcze pół biedy, gdy jest to pożywienie, które w oczywisty sposób nie jest naturalne - znowu posłużę się przykładem chipsów - ale co zrobić, gdy mięso, warzywa i owoce zawierają związki chemiczne na dłuższą metę niekorzystne dla naszego zdrowia?



Pollan pisze, że dietetyzm jest wielką chorobą XXI wieku. Odkąd w USA zastosowano zasady współczesnej dietetyki, społeczeństwo przytyło! Bo o wiele łatwiej umieścić na opakowaniu chrupek oznaczenie - dietetyczne, 'zalecane przez ministerstwo zdrowia', niż w ten sam sposób reklamować marchewkę... A pokolenie właśnie narodzonych dzieci będzie pierwszym w historii ludzkości, które może nie przeżyć wiekiem swoich rodziców, bo długość życia człowieka niestety będzie się skracała.

Książka jest niezwykle pesymistyczna w wymowie, ale daje też zdrowe otrzeźwienie. Co możemy zrobić? Po pierwsze, Pollan radzi nie kupować niczego, czego nasza babcia bałaby się tknąć. Ona pewnie nawet nie wiedziałaby czym jest większość dziwnych rzeczy typu 'cukierki z tubki'.
Opierać swój jadłospis na produktach podstawowych i ich kombinacjach. Nie kupować chleba, warzyw, owoców, mięsa, jajek w marketach, pofatygować się na rynek, do chłopa, który sam to wszystko wyhodował albo chociaż przywiózł ze skupu rolniczego. I jeszcze jedno - unikać wszystkiego co dietetyczne, odchudzone i opatrzone zapewnieniem o wyjątkowych właściwościach zdrowotnych...

Nie przygotowuję w tym roku nic na Sylwestra, idę 'na gotowe'. Ale może komuś ten przepis się przyda, to fajna i prosta przystawka.

Mozzarellki z groszkiem



Składniki:
1 paczka małych mozzarelli
pół paczki mrożonego zielonego groszku
pęczek brokułów
10 dag tartego parmezanu lub innego twardego sera
2 łyżki masła
1 jajko
2 gałązki natki pietruszki
gałązka bazylii
gałązka mięty
bułka tarta
olej do smażenia
sól, pieprz

Przygotowanie:
Brokuły i groszek ugotować najlepiej na parze. W salaterce roztrzepać jajko, wymieszać z parmezanem i posiekanymi ziołami. Doprawić solą i pieprzem. Mozzarellki maczać w masie jajeczno-serowej, obtaczać w bułce i smażyć na złoto w głębokiej patelni. Wyjmować łyżką cedzakową i osączać na papierowym ręczniku. Podawać z gorącym groszkiem i brokułami polanymi stopionym masłem.
Można podawać jako przystawkę także na zimno.

sobota, 18 grudnia 2010

Ożywianie tradycji - ryba po chińsku



Nie wiem jak u was, ale u nas tradycyjne potrawy przez lata ewoluują. Są oczywiście takie dania, które są świętością - jak zupa grzybowa - ale inne z czasem zostają zamieniane na wersje unowocześnione. Obok ryb goszczą owoce morza, małże, sałatka krabowa i obowiązkowo wątróbka z dorsza (niestety...)
W domach moich znajomych jest tak samo - na straży tradycji zwykle stoją babcie, gdy ich zabraknie, spis dań modyfikuje się. Nie całkowicie oczywiście, ale pewne potrawy znikają bezpowrotnie, na przykład znienawidzona przez mnie ryba w galarecie...

Ja mam w tym roku wyjątkowo mało czasu na świąteczne przygotowania. Ledwo starcza go żeby kupić prezenty, a o sprzątaniu czy budowaniu nastroju świątecznego muszę zapomnieć, bo w tygodniu wcale nie ma mnie teraz w domu. Tę rybę przygotowałam kilka tygodnie temu z myślę o świętach - na pewno będzie powtórka choćbym miała robić to w nocy.

Danie jest alternatywą dla karpia - którego nie każdy lubi, bo można je podawać na ciepło, albo jako przystawkę na zimno i także nic nie traci na smaku. Rozbija nudę wigilijnego stołu i jest tak kolorowe, że przysłania inne potrawy.

Ryba po chińsku



Składniki:
70 dkg płatów morszczuka lub innej ryby o zwartym mięsie
3 jaja
mąka ziemniaczana - 2 płaskie łyżeczki do sosu + 2 kolejne do ciasta
mąka pszenna - 3 łyżeczki
proszek do pieczenia - 1 płaska łyżeczka
ananasy w puszce
papryka konserwowa
3 marchewki
1 duża cebula
2-3 ząbki czosnku
1 szklanka bulionu warzywnego
7 łyżeczek octu winnego
3 łyżeczki sosu sojowego

Przygotowanie:

Sos: Marchew zetrzeć na dużych oczkach tarki. Paprykę pokroić w paski, a ananasa w kostkę.
Cebulę pokrojoną w piórka i zmiażdżony czosnek, smażymy w dużym rondlu na oleju, dodajemy marchew, przesmażamy i wlewamy bulion. Próżymy 15 minut. Dodajemy paprykę, ananasa razem z sokiem i zagotowujemy. Dodajemy ocet winny i sos sojowy. Następnie rozdrabniamy 2 płaskie łyżeczki mąki ziemniaczanej w zimnej wodzie, wlewamy do sosu i zagotowujemy. Odstawiamy.

Ciasto:
Jaja roztrzepać z 2 łyżeczkami mąki ziemniaczanej, 3 łyżeczkami mąki pszennej i płaską łyżeczką proszku do pieczenia.

Kawałki ryby zanurzamy w cieście i smażymy. Na każdy kawałek ryby nakładamy przygotowany sos.

niedziela, 12 grudnia 2010

Caldo verde - jarmuż na liscie zakupów



Mało kto wie jak wygląda, a jeszcze mniej co z nim zrobić albo jak smakuje. Niektórzy używają go jako odmianę dekoracyjnej sałaty, która po imprezie ląduje w koszu. Wielka szkoda, bo jarmuż ma nam sporo do zaoferowania. Witamina A, K i C, beta-karoteny, wapń i żelazo, ma silne właściwości przeciwzapalne i i sporo przeciwutleniaczy. Łatwiej będzie nam uświadomić sobie jego możliwości, gdy wiemy już, że należy do rodziny kapuścianych warzyw - świetnie więc sprawdza się w zupach i sałatkach. Ja dostrzegam go w sklepach dwa razy do roku - wczesną wiosną i w okolicach końca października - grudnia (po przymrozkach podobno jest najsłodszy). Macie więc ostatnią chwilę, żeby go spróbować. Chyba, że traficie na taki sprowadzany z Portugalii, Holandii czy Brazylii, gdzie jest bardzo popularny.

Jarmuż jest piękny - ma głęboki, ciemnozielony kolor, zwartą strukturę i karbowania na listkach. Jest sztywny, twardy, dlatego na surowo raczej się go nie jada. Po opłukaniu powinno się odciąć nożykiem liście od łodyg i posiekać je. Smakuje trochę jak kapusta albo nawet brokuły. Ma ostry, lekko goryczkowy smak, powiedziałabym też, że zawiera nuty orzechowe. Pokrojony drobno i sparzony pasuje do zwykłej tradycyjnej sałatki warzywnej, można go też podsmażyć z ostrymi kiełbaskami, ryżem, orzechami ziemnymi i sosem sojowym - mięknie wtedy w smażeniu i traci swoją lekko gumowatą strukturę.

Tu proponuję dziś tradycyjne caldo verde, portugalską potrawę - taki zielony kapuśniak.

Caldo verde




Składniki:
200 gr jarmużu, opłukanego i posiekanego w paski
4-5 ziemniaków
3 ząbki czosnku
200 gr kiełbasy z dużą ilością czosnku i pieprzu
1/2 puszki czerwonej fasoli (raczej powinna być biała, ale ja wolę tę)
litr bulionu z kury
gałka muszkatołowa, można podsypać też cząbru i majeranku
sól, pieprz, kilka łyżek oliwy

Przygotowanie:
Ziemniaki kroimy w kawałki, czosnek miażdżymy. Zalewamy to w garnku bulionem i gotujemy do miękkości ziemniaków. Po wyłączeniu rozgniatamy w zupie ziemniaki tłuczkiem, ma wyjść z tego mniej więcej puree. Wtedy dodajemy posiekany jarmuż i gotujemy z 10-15 minut do miękkości kapusty. W międzyczasie pokrojoną w plasterki kiełbasę podsmażamy na oliwie i wrzucamy do zupy. Dodajemy też przyprawy a na końcu odsączoną fasolę. Danie możemy posypać świeżą kolendrą.
Zupa jest ostra, sycąca dzięki ziemniakom i bardzo rozgrzewająca.

Zachęcam do eksperymentów z jarmużem, jak człowiek raz zacznie to okazuje się, że naprawdę wiele można z nim zdziałać.

wtorek, 9 listopada 2010

Kotlety dla młodych duchem



Ludzie mają kłopot z tym, że wyglądają staro - tego, że wygląda się zbyt młodo jak na swój wiek, nikt nie uważa za problem.
Mam 29 lat i od czasu do czasu zdarza mi się być traktowaną protekcjonalnie, bo nie wyglądam na swój wiek. Począwszy od 'tykania mi', przez mówienie mi 'kotuś' przez panie czy panów w urzędach po nienawistne spojrzenia w tramwaju, gdy śmiem zająć wolne miejsce, choć mi się nie należy, bo jestem młoda...
Że nie wspomnę o tym, że bywam proszona o dowód przy zamawianiu alkoholu - ostatnio w zeszły weekend - gdyby nie to, że byłam z mamą, musiałabym pokazać dokumenty. A wczoraj pojawił się przed moimi drzwiami pan zbierający podpisy, który poprosił, żebym zawołała właściciela mieszkania! (wiem, to akurat zabawne;-)

I naprawdę, uwierzcie mi, jakoś mało mnie to bawi i cieszy - raczej powoduje irytację, czasem złość. Staram się więc nadrabiać miną swój młody wygląd i wyglądać 'poważnie', ale tak się zastanawiam czy czasem ludzi młodych nie powinno traktować się tak jak starszych i czemu to nie jest takie oczywiste. Też trzeba mieć zrozumienie dla bolących nóg i ciężkiej torby.
Oczywiście nie ma co generalizować, ale tylko dlatego, że ktoś ma 20 lat, albo na tyle wygląda, nie trzeba mu od razu mówić na 'ty', traktować lekceważąco i zrzucać go z siedzenia czy wpychać się przed niego w kolejkę.
Nie tylko starszym należy się szacunek...

I teraz po tym przydługim wstępie, przejdę do konkretów, czyli do kotletów - nie takich typowych, tylko odmłodzonych. Jeśli komuś znudziły już się standardowe mielone, to myślę, że to może być przed nimi ucieczka.

Mielone z kalafiorem i kapustą pekińską



Składniki:
1 kalafior lub opakowanie mrożonego
10 dag kapusty pekińskiej
30 dag mięsa mielonego wieprz.- woł.
1 jajko
3 łyżki bułki tartej
3 łyżki pestek dyni
1 łyżeczka kuminu
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
sól, pieprz
bułka tarta do panierowania

Przygotowanie:
Kalafiora gotujemy, a następnie lekko rozgniatamy widelcem. Kapustę kroimy w paski. Mieszamy z mięsem, jajkiem, bułką, pestkami i przyprawami. Formujemy kotlety, panierujemy i smażymy na oleju.

środa, 3 listopada 2010

Wiejsko- chińsko



Wiem, tytuł posta raczej kiepski, chyba mało zachęcający?
Danie natomiast bardzo fajne i szybkie. Robione jeszcze kiedy była obecna świeża fasolka szparagowa, ale niedawno robiłam je ponownie z mrożoną i prawie się nie różniło. Opuściłam się ostatnio w blogowaniu, ale na kilka dni pojechałam do domu, z kotem, klnąc na czym świat stoi komunikację miejską, ruch drogowy w ogóle i wszelkie życie na ziemi.
Mało to humanistyczne, ale jak tu się oddawać refleksji czy melancholii właściwej dla Święta Zmarłych czy Zaduszek kiedy stale ktoś cię szturcha, skrobie pięty, popycha i tak dalej? No nie wiem, ale wydaje mi się, że akurat 1 listopada to najmniej można powspominać bliskich. Chodzi o to, żeby spotkać dawno nie widzianą rodzinę, popatrzeć na znajomych, którzy się roztyli i zbrzydli, porównać odzienia wierzchnie mijanych ludzi i wymienić zdawkowe uprzejmości z rodziną opiekującą się sąsiednim grobem...

Jak byłam mała, to kręciły mnie te wszystkie lampki, zapach stearyny i czekałam aż się ściemni i zrobi nastrojowo. Miały też swój udział w tej przyjemności gofry czy rurki kupowane pod cmentarzem... Teraz niewiele z tego zostało, chyba szkoda...

W każdym razie, wracając z cmentarza, po długim staniu i chodzeniu, warto było się pożywić, bo gofrów w tym roku nie jadłam, nawet rurki z bitą śmietaną, nawet obwarzanka:-(

Fasolka szparagowa z kiełbaskami i ryżem




Składniki:
300 gr. pokrojonej na kawałki fasolki szparagowej
kawałek ostrej kiełbasy wędzonej, najlepiej gdyby to było chorizo, ale cóż...
1 torebka mieszanki ryżu białego z dzikim
pęczek dymki
2 ząbki czosnku
sok z cytryny
kilka łyżek oliwy
3 łyżki sosu sojowego ciemnego
kilka listków bazylii

Przygotowanie:
Kiełbaski opiekamy na patelni z czosnkiem pokrojonym w plasterki. Dodajemy surową fasolkę (lub lekko podgotowaną gdy zamrożona) i smażymy chwilę żeby była chrupka. Dodajemy wcześniej ugotowany ryż, sos sojowy, bazylię i dymkę - i podsmażamy kilka minut. Na koniec skrapiamy sokiem z cytryny i posypujemy jeszcze świeżą dymką.

Przepis pojawił się kilka numerów temu w Kuchni.

środa, 15 września 2010

Na walizkach


Jestem już prawie spakowana. Frida odstawiona do ochronki (dzięki mamo!), wszystkie adresy wynotowane, listy zakupów i rzeczy niezbędnych do zjedzenia i zobaczenia już zrobione. Jestem tak podekscytowana jutrzejszym wyjazdem do Stambułu, że nie mogę usiedzieć na miejscu.
Aparat się ładuje, notes naszykowany, po powrocie, za jakieś dwa tygodnie, postaram się powoli ogarnąć swoje przeżycia, zdjęcia i napisać porządną relację jak to jest z tym jedzeniem w Stambule. Gdzie, co, za ile, i tym podobne. Sama korzystałam z kilku blogów, także tureckich, i wiem jak się potem takie relacje przydają, kiedy szuka się konkretnych informacji. Przewodnik, może się czasem przydaje, ale tylko jako dopełnienie, bo na dobrą sprawę, przygotowałam się solidnie dzięki sieci. Mnóstwo czytałam przed wyjazdem (polecam świetny zbiór reportaży o współczesnej Turcji Witolda Szabłowskiego "Zabójca z miasta moreli"!), obejrzałam odcinki programów podróżniczych o Stambule (także ten Bourdaina) i słuchałam tureckiej muzyki. Jestem więc tym wszystkim tak nasycona, że zaraz chyba pęknę.

Standardowo wymiatam lodówkę od kilku dni, od tego też jestem cała pełna;-) W ostatni weekend jadłam świetne danie, ostatnia chwila żeby je zrobić, zanim zginie ze straganów zielona fasolka (chociaż od czego jest mrożona...). Polecam, bo jest lekkie, sycące i można je jeść pałeczkami, co uwielbiam.
To oczywiście nie jest danie tureckie, ale pomyślałam, że tego będę miała jeszcze w bród, więc apetyt zaostrzę sobie daniem azjatyckim.

Wieprzowina w zielonych warzywach



Składniki:
1 polędwiczka wieprzowa (ok. 15 dag)
1 brokuły
ok. 10 dag fasolki szparagowej
ok.10 dag zielonego groszku (może być mrożony)
1 mała cukinia
1 duża cebula
1 ząbek czosnku
skórka starta z połowy cytryny
1 łyżka soku z cytryny
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki kuminu
4 szczypty ostrej mielonej papryki
2 łyżki oleju
sól, pieprz
czarne oliwki przekrojone na pół

Przygotowanie:
Fasolkę i groszek gotuj przez 2 min. we wrzącej wodzie, odcedź, opłucz zimną wodą i znowu odcedź. Brokuły podziel na różyczki. Cukinię pokrój w słupki. Cebulę posiekaj, a czosnek pokrój w plasterki. Polędwicę pokrój w cienkie paseczki.

Podgrzej olej w woku i podsmaż cebulę. Dodaj czosnek, polędwicę i przyprawy. Posól, popieprz i pomieszaj. Smaż na bardzo dużym ogniu, aż mięso się zrumieni. Wrzuć wszystkie warzywa i mieszaj przez 3-4 min., wciąż na dużym ogniu.

Warzywa mają być miękkie, ale jeszcze chrupkie. Dodaj oliwki, wymieszaj. Całość posyp skórką z cytryny i polej sokiem, wymieszaj i natychmiast podawaj.

PS: Nie wiem czy w trakcie wyjazdu będę miała czas napisać cokolwiek albo wrzucić zdjęcia. Jeśli nie, do zobaczenia za 2 tygodnie!

środa, 14 lipca 2010

Cukinia króluje i nowy Bourdain



W końcu! Doczekałam się nowej książki Anthony'ego Bourdaina, do którego z miłości już się tu, zdaje się, zwierzałam. Wciąż zamierzam wyjść za niego za mąż i towarzyszyć mu w podróżach kulinarnych po całym świecie. Skoro zrobił już 150 odcinków "No reservations", to jeszcze mu chyba trochę miejsc zostało do odwiedzenia?

Książka nazywa się "Medium Raw: A Bloody Valentine to the World of Food and the People Who Cook" i podobno jest pełna tej uroczej nonszalancji, jaka cechuje Anthony'ego. Mało kto wie, że oprócz gotowania, całkiem utalentowany z niego pisarz, który para się nie tylko literaturą kulinarną. W Polsce nie trzeba o tym wiedzieć, bo wyszła tylko jego książka "Kill Grill", i niestety z tego co wiem, do reszty przedruków nikt się na razie nie kwapi. Sprawdzałam na eBayu czy Amazonie i wydatek na nową pozycję Bourdaina to jakieś minimum 90 zł - kupię sobie jak zasłużę...

Zachwyca mnie jego sposób na życie, kompletny brak spinki; facet płynie na fali i żyje bez żadnych trosk. Gotował, pisał, teraz robi programy kulinarne, a jak nie, to sobie jeździ po Stanach i za ciężkie pieniądze opowiada ludziom anegdoty, a wszyscy wpatrzeni w niego jak w obrazek. Bo Bourdain to taki współczesny nonkonformista, bad-boy, któremu wszystko przychodzi łatwo. A na dodatek swoim sukcesem gardzi i potrafi go ładnie obśmiać. I nie sili się na Francję-elegancję w swoich programach. A to zaklnie, a to złośliwie zażartuje, zapali papierosa i wypije parę kieliszków za dużo. Gość, jakiego chętnie zaprosiłoby się na imprezę i nie miało wstydu, że nie podało się ślimaków.
Co prawda ja mojej tortilli akurat bym mu nie podała, ale jestem pewna, że jakby co, nie obraziłby się...


Tortilla ziemniaczana z cukinią




Składniki:
3 duże jaja
2 małe i cienkie cukinie
3 ziemniaki
cebula
2 ząbki czosnku
harissa
świeży tymianek
oregano, tymianek suszony
sól, pieprz

Przygotowanie:
Czosnek wyciskamy, cebulę kroimy w piórka. Ziemniaki obrane kroimy w kostkę a cukinię nieobraną w kostkę, czy jak nam będzie wygodnie. Na oliwie podsmażamy na małej patelce czosnek z cebulą, potem dodajemy ziemniaki i cukinię i smażymy kilka minut aż zmiękną.
W międzyczasie bełtamy jajka z harissą i przyprawami, dodajemy tymianek. Zalewamy nimi smażonkę na patelni, starając się uformować płaski wierzch. Potrwa kilka minut zanim jaja się zetną i będzie można zgrabnie przerzucić tortillę z patelni na talerz a potem zsunąć go drugą stroną z powrotem na patelnię, by spód się dopiekł. Gdybym miała całą metalową patelkę, to wstawiłabym ją do piekarnika, ale niestety, takie zdobyć dziś niełatwo.
Gotową tortillę można jeszcze posmarować harissą - miałam ochotę na ostre i posypać świeżym tymiankiem.
Wiadomo, jest wielkie pole do popisu, można tortillę robić z papryką, pomidorami suszonymi, oliwkami, boczkiem, kiełbasą i co komu przyjdzie do głowy - zawsze smakuje dobrze.

czwartek, 8 lipca 2010

Trójmiasto plackami stoi



Wróciłam z Open'era z małym opóźnieniem, ale jak szaleć, to z rozbiegiem. Nie oszczędzałam się, a już na pewno nie pod względem kulinarnym. Gofry z wiśniami w żelu na śniadanie, jagodzianki, frappe czekoladowe, frytki, rybki i inne zbrodnie przeciwko zdrowemu żywieniu.
Zgodnie ze swoimi planami szukałam wszędzie placków ziemniaczanych, i okazało się, że łatwiej o nie niż o tradycyjnego schabowego! Niemal w każdej knajpce, jeśli nie było placków z jakimiś wymyślnymi sosami, to były chociaż same placki ze świeżych ziemniaczków. To jest to, co Magdy lubią najbardziej!
Z czystym sercem mogę polecić wizytę w Sopocie, w knajpce na samym końcu promenady (trzeba iść w prawo, stojąc twarzą do molo). Pyszne, trzy placki, położone jeden na drugim, obok nich coś na kształt puree z ikry dorsza z wędzonym łososiem i kwaśną śmietaną. Wspaniałość totalna!



W Gdańsku za to jadłam w Barze pod Rybą, który słynie raczej z pieczonych ziemniaków z rozmaitymi nadzieniami (też próbowałam, też warto), ja jednak wybrałam naturalnie placki (1 zdjęcie posta). Obsługa była naburmuszona, jednak warto się nie zrazić. Wielki lacek z grzybami (m.in. były to kurki), ze świetnymi surówkami - ta z pora pycha, ozdobiony kiełkami, wart tygodniowej diety potem. Ceny bardzo przystępne.

W Gdyni za to rewelacyjna niespodzianka - zmęczeni skwarem, zniechęceni do życia, rozdarci pomiędzy fast foodami a poszukiwaniami czegoś bardziej wysublimowanego w smaku, trafiliśmy na tajską restaurację. Thai Hut, na Abrahama 11 ma średni wystrój, ruszającą się w smole i nieprofesjonalną obsługę, ale nakarmić z sukcesem 10 osób, udało jej się na 6!



Ja zdecydowałam się na polędwiczkę wieprzową w zielonym sosie curry (w restauracji w południe nie było kurczaka!), z trawą cytrynową, imbirem i mlekiem kokosowym, z makaronem, który był przyprawiony tak dobrze, że sam w sobie mógł stanowić smaczne danie. Pełna satysfakcja, gdyby ktoś szukał w Gdyni dobrego posiłku, polecam. Zapłaciłam, zdaje się, 32 zł bez picia.

Powrót do rzeczywistości jest bolesny, własna kuchnia wzywa. W najbliższym czasie zdecyduję się raczej na lekkie potrawy, upał zresztą nie odpuszcza, więc i jeść się jakoś szalenie nie chce. Poza tym, zapisałam się na zestaw wizyt w Vacu Power, więc trzeba jeść tylko pożywne, nietłuste rzeczy. Mam nadzieję, że wytrwam;-)

czwartek, 10 czerwca 2010

Po węgiersku



Truskawki, fasolka i cukinie oczywiście bardzo kojarzą mi się z latem, ale jest taka potrawa, która nie jest w sumie letnia, a jest dla mnie synonimem lata. Związane to jest z różnymi wspomnieniami, które teraz jeszcze kultywuję.
Chodzi o placek po węgiersku...
Kiedyś spędzałam nad morzem całe lato każdego roku i mniej więcej raz na tydzień jadałam tyle placków, ile było się w stanie we mnie zmieścić. Jeszcze teraz jak tylko mam nad morzem okazję to zamiast ryby wezmę placki ziemniaczane, które uwielbiam pod każdą postacią. Że są tłuste i ciężkostrawne, wcale mnie nie obchodzi.

Dwa dni temu jadłam placki na mieście, stąd ten wpis. Kiedyś odkryłam z koleżanką taką małą jadłodajnię na warszawskiej starówce, Zapiecek. Dają tam pyszne pierogi, zupy i właśnie placki po węgiersku. Za pierwszym razem był obłędne! Więc teraz też, choć miałyśmy iść na placki do Polki Magdy Gessler (nigdy nie byłam), jednak wiedzione pamięcią naszych kubków smakowych, wróciłyśmy do Zapiecka. I był to ostatni raz... Placek był na brzegach twardy jak podeszwa, usmażony podobno tego samego dnia, ale jednak już nieświeży i nasiąknięty tłuszczem. Rozczarowanie było olbrzymie...

Dlatego poniżej przypominam sobie placki, które my robimy w domu. Przepis powstał na wyczucie, po smakowaniu takie ilości placków, wiadomo mniej więcej co powinno się w nim znaleźć.

Placek po węgiersku



Składniki:

Na sos:
30 dag mięsa gulaszowego
1 duża cebula
papryka czerwona i zielona
2 lub 3 ząbki czosnku
koncentrat pomidorowy
liść laurowy, pieprz, sól, papryka słodka, chili suszone
kolendra, kumin, tymianek

Przygotowanie:
Mięso pokroić w kostkę (1,5 x 1,5 cm) - tłuste przerosty wyrzucić. Cebulę i paprykę również pokroić w kostkę. Na oliwie usmażyć cebulę i zmiażdżony czosnek.Kiedy cebula się zeszkli dorzucić mięso oprószone mąką. Przesmażyć, dodać paprykę, przesmażyć ponownie mieszając. Dolać trochę wody, wrzucić listek laurowy, pieprz,paprykę słodką, chili. Dusić ok. 45 min. na małym ogniu. Pod koniec duszenia dodać na czubek łyżeczki pozostałe przyprawy oraz koncentrat pomidorowy.

Placki:
1 kg dużych ziemniaków
1cebula
3 łyżki mąki
pół łyżeczki kurkumy

Ziemniaki zetrzeć na tarce (odlać wodę,która się zbierze).Zetrzeć cebulę na drobnych oczkach, dodać do ziemniaków, wbić jajko, posolić i wymieszać. Dodać 3 łyżki mąki (lub więcej, zależy od rodzaju ziemniaków) i kurkumę. Wymieszać.
Na rozgrzanej oliwie smażymy placki. Podajemy polane gulaszem.

PS: Bardzo dziękuję Lisce za wygraną w jej konkursie. Napisałam o mojej przy domowej piekarni i już niedługo trafi do mnie obieraczka Kitchen Aid. Będzie to dobry początek na poczet robota kuchennego;-)

środa, 26 maja 2010

Obiad niebiański



Jakiś czas temu skończył się Fashion Week a ja nie powiedziałam o bardzo fajnej akcji, która miała wtedy miejsce. Z pozoru szalony pomysł podniebnej degustacji, po chwili okazuje się niebiańsko wręcz nęcić, tych którzy nie mają lęku wysokości.
W dniu otwarcia festiwalu urządzono ucztę o nazwie 'Dinner in the Sky'.
Pomysłodawcami tego byli Belgowie, który jako pierwsi postanowili dostarczyć rozrywki na najwyższym poziomie (pod względem dosłownym i emocjonalnym) znudzonym już różnymi ekstremami ludziom.
Na zawieszonych 50 metrów nad ziemią stole i krzesłach wspartych na kilku dźwigach przygotowuje się kilkudaniowy posiłek. Ludzie mogą obracać się na boki, choć są przypięci do siedzeń specjalną uprzężą gwarantującą bezpieczeństwo. Są kelnerzy, wykwintne dania, świece i rozmowy na wysokim poziomie;-)
Gości zmieści się tylko 22, i są to osoby specjalnie wyselekcjonowane, zaproszenie zdobyć więc niełatwo. To dlatego na łódzkim FW tylko VIP-y mogły znaleźć się w tym szczęśliwym gronie.Imprezę powtarza się co jakiś czas w różnych miastach, m.in. w Dubaju, Las Vegas, a teraz była w Łodzi.
Ja niestety zaproszenia nie dostałam, ale gdybym mogła coś ugotować dla ludzi zaproszonych na taki obiad, mogłby to być...

Risotto z białymi szparagami i krewetkami



Składniki:
pęczek białych szparagów
250 gr krewetek koktajlowych
szklanka białego wytrawnego wina
szklanka ryżu arborio (ponad 200 gr)
szalotka
litr bulionu drobiowego
1/2 szklanki parmezanu
garść natki pietruszki
szczypta szafranu (to mój dodatek)
kilka kropel cytrynowego soku (też moje)
sól, pieprz, oliwa z oliwek

Przygotowanie:
Szalotkę siekamy i smażymy na oliwie. Dodajemy obrane i pokrojone w kawałki 4 -cm szparagi. Smażymy kilka chwil. Wsypujemy surowy ryż i smażymy często mieszając aż zrobi się szklisty. Wtedy wlewamy wino i czekamy aż odparuje. Wlewamy po kilka łyżek bulionu na raz, żeby pokryło ryż, gdy ryz go wchłonie dolewamy dalej bulion i wsypujemy szafran. Cały czas mieszamy bo ryz bardzo łatwo przywiera. Gdy risotto będzie już prawie miękkie wsypujemy mrożone krewetki i dalej gotujemy kilka minut. Na końcu doprawiamy sokiem z cytryny, solą i pieprzem, wsypujemy natkę pietruszki.
Na końcu już po zgaszeniu ognia, wsypujemy ser i 5mieszamy, żeby obkleił ryż. Zostawiamy trochę sera do dekoracji i posypujemy jeszcze wierzch.
Koniecznie podawać z winem, zaostrza smak.

Dodaję przepis do akcji 'Sezon na szparagi' autorstwa Blue Megi

wtorek, 18 maja 2010

O feminizmie przy szparagach



Jestem na świeżo po kilku feministycznych książkach, po dzisiejszej bardzo udanej rozmowie między innymi na ten temat i zastanawiam się ciągle czemu kobiety tak strasznie boją się przyznać do feminizmu! Niby XXI wiek, a feministki ciągle są wielu panom i paniom obrzydliwe jak stado glist. A połowa z tych ludzi albo ma jakieś krzywe pojęcie o tym czym feminizm jest, albo nie ma go wcale.
Niedawno pewna moja znajoma z kobiecej organizacji robiła z koleżankami uliczne badania wśród kobiet w różnym wieku. Pytały czy są feministkami i wszystkie zarzekały się, że one 'to nigdy w życiu i Boże uchowaj!', a potem dawały im do przeczytania dwie różne definicje feminizmu i okazywało się, że poglądy tych pań są jak najbardziej na temat. Wydawać by się mogło, że te kwestie przerabiano już tyle razy, że aż powinny sie wszystkim przejeść, a prosta definicja jak widać jest nieznana. Długo jeszcze trzeba będzie krzewić pracę u podstaw.

Wśród niektórych znajomych funkcjonuję już z łątką na 'F' od dawna i chociaż mnie drażni dolepianie takich etykietek i obserwowanie jak też zareaguję na cudze żarty, to mogę sobie nią być, oficjalnie, niech ludzie zobaczą że feministki się na nikogo z zębami nie rzucają i nie mają ochoty wytrzebić wszystkich mężczyzn z planety.

Tak sobie o tym wszystkim rozmyślałam przygotowując się do wywiadu i skrobiąc szparagi (symbol falliczny? kastracja?) do towarzystwa naleśników. Przy włączonym świetle o 15.00, odkręconym ogrzewaniu i chlupocie deszczu za oknem.
Obiad w sam raz dla fajnych kobiet, jako podkład pod dobrą rozmowę.

Ziołowe naleśniki ze szparagami i wytrawnym dressingiem z kaparami




Składniki:
pęczek szparagów (najlepiej zielonych, ale z konieczności były białe)

ciasto:
2 jajka
1 i 1/2 szklanki mleka
8 łyżek mąki
5 dag szynki
świeża bazylia

dressing:
1 czerwona papryka
1 pęczek szczypiorku
1 szalotka
2 łyżki kaparów
4 łyżki oliwy z oliwek
sok z cytryny
4 łyżki soku pomidorowego
sól,pieprz

Przygotowanie:
Przygotować ciasto naleśnikowe i dodać pokrojoną w kostkę szynkę oraz sporo posiekanej bazylii. Odstawić na około godzinę.
W tym czasie przygotować dressing: paprykę, szczypiorek i szalotkę drobno posiekać i wymieszać z resztą składników.

Szparagi umyć, oskrobać 2/3 od dołu, przyciąć zdrewniałe końce. Gotować na stojąco w pęczku (główki powinny ugotować się na parze) w osolonej i lekko posłodzonej wodzie 10 min. Osączyć i trzymać w cieple.

Usmażyć naleśniki. W każdy naleśnik zawinąć po kilka szparagów. Polać dressingiem z kaparami.

Wszystko trzeba robić bardzo sprawnie, bo szparagi szybko stygną, a naleśniki idą jedne za drugimi. Najlepiej robić to w towarzystwie, któremu nie przeszkadza siedzenie i jedzenie w kuchni, gdy kucharka musi stale wstawać od stołu.
Bardzo sycące, wyjdą z tego po 2 naleśniki na głowę, i naprawdę więcej się nie zje.

Tym postem dołączam się do akcji 'Sezon na szparagi'.
Na pewno jeszcze coś szparagowego zrobię, sezon trwa krótko i trzeba działać!

Autorką akcji jest Blue_Megi

poniedziałek, 10 maja 2010

Na ochłodzenie emocji



Od czwartku jestem albo na Fotofestiwalu, albo na Fashion Week Poland. Wciągające, pochłaniające dużo czasu i energii. Jeszcze co prawda nie koniec, ale było kilka kolekcji, które zrobiły na mnie spore wrażenie, przykładowo Łukasz Jemioł, Konrad Parol, który pokazuje, że moda męska nie musi być nudna, a dresy mogą być modne. Ania Kuczyńska i jej pięknie skonstruowane stroje, kilka niezwykłych sukni Emerica Francois. Żałuję, że nie widziałam awangardowego Maldorora, w zeszłym roku w konkursie projektantów była jego suknia, oglądałam też jego rzeczy w Internecie i wywarły na mnie wielkie wrażenie.
W takim czasie człowiek ciągnie resztkami sił, je byle co, pije, nie wysypia się i potem wygląda jak cień samego siebie. Dlatego bomba warzywno-witaminowa jaką jest ten chłodnik z botwinki daje spory zastrzyk energii i stawia do pionu. Mój zmaltretowany organizm i nawet zmaltretowane wysokimi obcasami stopy czują się trochę lepiej dzięki niemu.
Jako dodatek wariacja na temat kotletów mielonych - kotleciki z cukinią, przepis pochodzi z miesięcznika "Kuchnia".

Chłodnik ze świeżej botwinki i kotleciki mielone z cukinią



Chłodnik składniki:
pęczek botwinki
750 ml kefiru
ogórek zielony
1/2 papryki czerwonej
1/2 papryki żółtej
pęczek rzodkiewek
łyżka posiekanego koperku
3 łyżki koncentratu buraczanego
sól
grzanki z chleba tostowego

Przygotowanie:
Botwinkę umyć i drobno posiekać. Wrzucić na 2 szklanki wrzącej wody.Zagotować, wyłączyć i ostudzić. Ogórek, papryki i rzodkiewki pokroić w drobną kostkę. Kefir wlać do botwiny i dokładnie wymieszać wraz z koncentratem. Dodać warzywa, doprawić solą. Wstawić do lodówki na ok. godzinę. Serwować z grzankami z chleba tostowego podsmażonymi na maśle z mielonym czosnkiem.




Kotleciki składniki:

2 cukinie
pęczek dymki ze szczypiorkiem
30 dag mielonego mięsa z indyka
1 czerstwa kajzerka, wcześniej namoczona w mleku
1 jajko, sól, pieprz, 1 łyżeczka ziół prowansalskich
2 łyżki masła, bułka tarta do panierowania

Przygotowanie:
Cukinie wraz ze skórką ścieramy na tarce o grubych oczkach, solimy i czekamy aż puści soki. Odsączamy ją i mieszamy z posiekanym szczypiorkiem. Dodajemy do mięsa razem z jajkiem i odciśniętą kajzerką. Posiekaną dymkę podsmażamy na maśle. Dodajemy do masy. Przyprawiamy solą, pieprzem i ziołami, mieszamy. Formujemy małe okrągłe kotlety, panierujemy w bułce i smażymy.

sobota, 24 kwietnia 2010

Z Malezji do Łodzi



Fascynuje mnie jak danie, którego ktoś spróbował będąc w Kuala Lumpur na wakacjach trafia potem na mój talerz. Autorka My Kitchen Snippets mieszka na stałe w USA, ale urodziła się w Malezji. Będąc tam w ramach odświeżania znajomości ze swoją rodzimą kulturą, zjadła pyszne żeberka z ananasem w prowincji Sedang. Potem próbowała ten smak odnaleźć w swojej kuchni. Nie miała żeberek, spróbowała więc z kurczakiem. Tak powstało pyszne, słodko-kwaśne danie (tutaj oryginalny przepis), które na pewno zostanie w moim segregatorze.

Jako że niedawno zakupiłam nową książkę, o kuchni tajskiej, i trochę ciekawych przypraw (nieocenione w tym względzie Allegro), będzie pewnie więcej kuchni orientalnej.
A, i właśnie jedzie do mnie z Turcji nowy zapas szafranu, tym razem, mam nadzieję, uchowa się przed rozmaitymi łakomymi stworzeniami.

Do przepisu wprowadziłam małe modyfikacje: zamiast sosu śliwkowego dałam sos chili z limonką i kolendrą, i dołożyłam też 2 maleńkie łodyżki selera naciowego z liśćmi, co fajnie równoważyło słodycz ananasa i sosu nutką goryczki. Dałam też więcej czosnku i imbiru.

Kurczak z ananasem i imbirem




Składniki:
pierś kurczaka pokrojona w kostkę
czerwona papryka pokrojona w kostkę
2 dymki
4 ząbki czosnku
2 łodyżki selera naciowego
łyżka startego imbiru
4 plastry ananasa pokrojonego w kostkę

Marynata do kurczaka:
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka octu ryżowego
1/2 łyżeczki cukru
1/2 łyżeczki słodkiej papryki
1/4 łyżeczki soli

Sos:
1 łyżka ketchupu
1 łyżka sosu chili z limonką i kolendrą Tao Tao
1 łyżka octu ryżowego
1/2 łyżeczki ciemnego sosu sojowego
1/2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka brązowego cukru
trochę ponad 1/2 szklanki bulionu z kury
sól, pieprz

Przygotowanie:
Marynuj kurczaka w woreczku przez 30 minut. W woku podsmaż na oleju kurczaka. Będzie przywierał, staraj się więc lekko go przewracać drewnianą łopatką. Odłóż go na bok, razem z sokiem który puścił. W woku na świeżej oliwie podsmaż czosnek pokrojony na plasterki, imbir i seler. Mieszaj aż lekko zbrązowieje. Dodaj wymieszany dobrze sos i zagotuj. Dodaj ananasa i paprykę. Podsmaż chwilę i dodaj kurczaka. Mieszaj mocno aż wszystko się połączy a sos zgęstnieje.
Podawaj z ciepłym ryżem.

Marynata do kurczaka jest rewelacyjna, dzięki temu jest on potem bardzo delikatny z lekko-chrupką skórką na wierzchu.

wtorek, 16 marca 2010

Najeść się i do walki!



W dalszym ciągu w naszych jadłospisach króluje jedzenie pożywne i pokrzepiające. Jak mnie zasypało w niedzielę, tak do tej pory nie mogę się z tego otrząsnąć. Hiacynt na parapecie zakwitł i pięknie pachnie, pewnie póki nie zorientuje się, że pomyliły mu się pory roku.

No tak, wszystko budzi się do życia, niestety również w mojej szufladzie. Od jakichś dwóch tygodni co jakiś czas przeleciała mi przed oczami coś jakby muszka, ale nie zwracałam na to zbytnio uwagi - kot wszystko wyłapie.
Nie tym razem...
Wczoraj w szufladzie z przyprawami, suszonymi grzybami i innymi takimi, zauważyłam, że chyba rozsypało mi się siemię lniane. Ani to siemię było, ani sezam. Moje zbiory zaatakował, jak się okazało po wnikliwym internetowym badaniu, żywiak chlebowiec.

Wygląda 'toto' jak mały, brązowy żuczek, wielkości właśnie ziarna sezamowego. Żeruje na spożywczych produktach, chlebie suszonym, ziołach, przyprawach, nawet mące i herbacie. W mojej szufladzie konkretnie już sobie to żyjątko poczynało, jak sie okazało - prawdopodobnie przyniosłam je niedawno w suszonych pomidorach kupionych na wagę. Najgorsze jednak było to, że z pomidorów przeniosło się całą kolonią do torby (zamkniętej! - ale larwy mają silne szczęki) z szafranem przywiezionym z Turcji. A była to spora torba, nieodżałowana...
W każdym razie mam nauczkę teraz, żeby niczego nie trzymać w torbie foliowej, nawet jeśli mam to za chwilę zużyć, bo potem ta chwila przeradza się w kilka tygodni i problem gotowy.

Posiliłam się najpierw porządnie rewelacyjną brukselką przepisu Deliciously Organic, a potem rozpoczęłam owadzią eksterminację;-)

Brukselka smażona z bekonem



Składniki:
1/2 kg brukselki, lepiej większych główek
4 plastry bekonu, posiekane w kostkę
1 cebula, posiekana w kostkę
sól, pieprz kolorowy, tymianek

Przygotowanie:
Brukselkę oczyść, odkrój końcówki i ugotuj. Przestudź i posiekaj na drobno.
Bekon usmaż na chrupko, zdejmij z patelni dokładnie odsączając go z tłuszczu. Na nim usmaż pokrojoną cebulkę aż się skarmelizuje, dodaj do rondla brukselkę i podsmaż jeszcze z 5 minut. Na końcu dodaj bekon, dopraw do smaku solą, świeżo mielonym pieprzem i tymiankiem.
To wszystko! Zajadaj z tłuczonymi ziemniakami wymieszanymi z masłem i mlekiem oraz z kefirem.



Po takim pożywieniu się niestraszna mi żadne owadzia brać. Choć mam nadzieję, że mole tego nie usłyszą;-)

sobota, 27 lutego 2010

Nie Hongkong , ale...



Był kiedyś w radiu taki konkurs, można było wygrać wycieczkę w dowolne miejsce na świecie. Ja bez wahania wybrałabym Hongkong. Ze względu na połączenie tradycji i nowoczesności, niezwykły koloryt tego miejsca, barwne ulice, które są przedłużeniem przestrzeni domowej mieszkańców. I oczywiście ze względu na życie nocne. Nigdy nie byłam w Hongkongu, więc mam bardzo romantyczne wyobrażenie o tym mieście. Głównie utkane z obrazów Chrisa Doyle'a, podlewane nostalgią Wong Kar-Waia. Też bym się tak włóczyła po neonowych ulicach w nocy, jadła makaron w otwartych do późna barach i szukała puszek ananasa z wymyśloną datą ważności. Nie wiadomo kogo bym spotkała i co by mi się przytrafiło, Hongkong nocą jest w końcu poza czasem i prawdopodobieństwem.

Przepis, który podaję dzisiaj nie pochodzi stamtąd, jest kombinacją kilku innych a autorką jest moja mama. Wymyśliła to jeszcze w czasach, gdy na naszych ulicach pojawiły się pierwsze budki chińskie a papieru do sajgonek można było szukać i nie znaleźć. Dlatego farsz, pierwotnie z przeznaczeniem do sajgonek właśnie, stał się niezależnym daniem, uwielbianym przez nas.

Farsz sajgoński



Składniki:
20 dag mięsa mielonego
paczka makaronu sojowego
kapusta pekińska
puszka kiełków soi
10 grzybów Mun
2 marchewki
1 cebula
1/2 pora
1 jajko
olej
3 łyżki sosu sojowego
przyprawa chińska
sól, pieprz

Przygotowanie:
Pokroić pora w plasterki, kapustę w paski, marchew zetrzeć na dużych oczkach tarki, cebulę pokroić w kostkę. Namoczyć grzyby i pokroić je w paski. Zalać makaron gorącą wodą aby zmiękł.
Ponieważ smażenie trwa krótko, trzeba sobie wcześniej naszykować wszystkie składniki w zasięgu ręki, żeby potem nie przerywać smażenia. W rozgrzanym mocno woku podsmażyć na oliwie mięso mielone. Wrzucić por, cebulę i chwilę smażyć na dużym ogniu. Dodać kapustę, marchew, zamieszać i smażyć aż zmiękną.
Wrzucić grzyby, makaron i wlać sos sojowy. Zamieszać i dusić pod przykryciem 5 minut na trochę mniejszym ogniu. Dodać kiełki odsączone z zalewy, zamieszać i znowu dusić kilka minut.
Dodać przyprawę chińską i doprawić solą i pieprzem do smaku.
Na końcu wlać roztrzepane jajko i intensywnie przemieszać - chwilkę jeszcze przesmażyć aż się zetnie i od razu podawać.

czwartek, 11 lutego 2010

Ostatnio racuszki




Wszyscy szaleją dzisiaj z tymi pączkami, na każdym rogu stoi przypadkowa buda z tłustymi, ciężkimi kulami, z pękającym lukrem, z marmoladą najgorszego sortu w środku.
Fajnie, że umawiamy się, że tego dnia jemy pączki, ale nie raz już przekonałam się, że takie kupione w niesprawdzonym miejscu, mogą popsuć ochotę na wypieki na kilka dni.

Dlatego, albo trzeba upiec je samemu, albo pofatygować się do sprawdzonych miejscówek - w Łodzi to na pewno Blikle, Skórka, czy nawet Dybalski, albo rewelacyjna mała cukiernia na Bałutach, która sama wszystko piecze, a którą miałam dziś okazję odwiedzić. No dobrze, specjalnie się tam powlekłam, trochę zbaczając z trasy...

Ja dziś piekę tylko tartaletki gruszkowe (wpis przy innej okazji), tak na szybko, bo myślami jestem już zupełnie gdzie indziej. Przed wyjściem na koncert Depeche Mode, wrzucimy tylko mini-tarty na ruszt, popijemy czymś dobrym i jedziemy usłyszeć kilka piosenek od których mamy nadzieję zatrzyma się nam serce z ekscytacji, zanim dożyjemy nieuniknionej w innym wypadku 30-tki.

Za to niedzielę obchodziłam taką trochę jak tłusty czwartek. Upiekłyśmy z mamą racuszki, na które przepis wiele lat temu mama dostała od swojej koleżanki. Bardzo szybko się je robi, i bardzo szybko znikają z talerza. Zamiast tradycyjnego spirytusu na puszystość dałyśmy likier migdałowy i racuchy tylko na tym zyskały!

Racuszki Danuśki



Składniki:
1 serek homogenizowany waniliowy
1 szklanka mąki
2 jaja
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2-3 łyżeczki alkoholu, np. likier migdałowy
rodzynki

Przygotowanie:
Oddzielamy żółtka od białek. Żółtka łączymy z mąką, proszkiem, alkoholem i ubijamy lekko trzepaczką do jajek czy naleśników. Dodajemy rodzynki. Osobno ubijamy pianę z dwóch białek i dodajemy do masy.
Smażymy na głębokim tłuszczu, bardzo rozgrzanym. Łyżką kładziemy racuchy na olej i smażymy przewracając na małym ogniu. Bardzo szybko robią się brązowe, więc nie można ich spuścić z oka.

Wykładamy na ręcznik papierowy żeby odsączyć nadmiar tłuszczu, a następnie posypujemy cukrem pudrem, gęsto...

PS: Niestety do poniedziałku nie mam możliwości obróbki zdjęć, co naprawię potem, ale tymczasem muszą być takie sauté.