Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 stycznia 2011

W stylu vintage


Zwykle nie piszę tutaj o firmach i markach związanych z kulinariami, chociaż kiedyś na początku planowałam, że będę się tu mogła wyżywać, pozytywnie i negatywnie. No to dzisiaj będzie na plusie.

Powód do tego dała mi marka Wedel, która obchodzi teraz 160 lat swojego istnienia. Od razu zaznaczam, że nie jest to post sponsorowany a czekoladę zafundowałam sobie sama. Wedel z okazji swojego święta przygotował limitowaną edycję opakowań o której warto napisać. Zatrudnił młodych polskich artystów do zaprojektowania 'ubranek' w stylu vintage swoim sztandarowym produktom. Stylowe nadruki dostała m.in. moja ulubiona czekolada gorzka i mleczna, kochany Torcik Wedlowski, Mieszanka Krakowska, Ptasie Mleczko i Baryłki. Przyznam, że takie opakowania pasują mi bardziej niż te standardowe, aż szkoda, że są tylko na chwilę.

I tu dwa słowa o designie polskich słodyczy. Oprócz Krakowskiego Kredensu, większość opakowań drażni ordynarnymi kolorami, plastikowymi foliami i paskudnymi rysunkami. Ja wiem, że ma być kolorowo i wesoło, bo słodycze w większości jednak kupują dzieci, ale chyba dobry smak - także ten estetyczny - warto wdrażać już od małego?
Daleko nam jeszcze do tradycyjnych opakowań brytyjskich, lub ciekawie zaprojektowanych skandynawskich opakowań słodyczy. W dalszym ciągu polscy producenci są zachowawczy i idą po najmniejszej linii oporu. A warto może postąpić tak jak Wedel, który oddał pola młodym grafikom i designerom, i powstała z tego naprawdę apetyczna linia?

Oby reszta firm poszła za ich przykładem.

PS: Dzięki Czarkowi za apetyczną paczkę:)

czwartek, 18 listopada 2010

Kto pierwszy o świętach?


Zajęty tydzień. Wszystko się w domu urywa, psuje, jak na złość... stara zasada, że jak ma się walić to seriami...

Powoli też zbliżają się święta. Raczej nie czuć nastroju, chociaż sklepy usiłują nam go wmusić na 6 tygodni przed czasem. Mimowolnie zaczęłam już oglądać ozdoby, przebierać i zachwycać się. Piękne są w Almi Decor i Marks&Spencer. Czasami są tak piękne, że aż trudno się powstrzymać. Małe sarenki na choinkę, delikatne płatki śniegu, aksamitne serca z chwostami. Wszystko wygląda jak robione ręcznie - w co wątpię - przywołuje święta, których nigdy nie było... To ciekawe, bo te piękne, robione na retro, ozdoby wywołują w nas nostalgię za czymś, czego nigdy nie mieliśmy. Jeszcze jak ja byłam mała takich cudów nie było a wieszało się ręcznie robione łańcuchy z kolorowego papieru i anielskie włosie. Drewniane ozdoby, malowane jadalną farbą pierniczki czy uwięzione w ruchu tancerki to były chyba tylko w bajkach. Albo w starych amerykańskich filmach - kolejnej 'krainie niby niby'.
W każdym razie duże dzieci lubią sobie teraz robić małe przyjemności i trudno się powstrzymać przed kupnem takiej kruchej zabawki.

Duże dzieci nie potrafią się też powstrzymać przed zrobieniem sobie innej małej przyjemności. Nie ma lepszego zapachu do pary ze świętami niż korzenne przyprawy, wanilia i miód. Jeszcze nie czas na to, płyty z amerykańskimi standardami jeszcze nie odkurzone, śniegu (na szczęście) jeszcze nie ma. Ale jak już usiadłam z miską waniliowego ryżu z sosem śliwkowym to żałowałam, że nie ma jeszcze w domu lampek i że nie mam pod ręką "Cudu na 34 ulicy". Nie wiem czy znacie ten film, ale jeśli nie, święta bez niego nie będą pełne.

PS: Jeśli ktoś bywa w Warszawie, to spieszę donieść, że mają teraz w M&S bardzo tanie bloki spożywczego marcepanu do wypieków, pyszne świąteczne marmolady i nowe mieszanki przypraw. I uwaga - znalazła się sól wędzona! Kilka postów temu pisałam o swoim słonym doświadczeniu - słone było też cenowo - a w Marksie można teraz kupić pojemniczek wędzonej soli za 18 zł - polecam!

Waniliowy ryż na mleku z korzennym sosem śliwkowym



Za przepis dzięki należą się Agacie
Tylko troszkę dałam od siebie

Składniki:
Torebka białego ryżu
kubeczek śmietanki 30%
pół szklanki mleka 2 %
laska wanilii
torebka cukru waniliowego
szczypta soli

30 dag śliwek - to zdaje się renklody? - obranych z pestek i pokrojonych w ćwiartki
3 łyżki brązowego cukru
7 goździków
1 łyżka miodu
1/3 łyżeczki cynamonu
2-3 łyżki wody

Przygotowanie:
Ryż płuczemy na sitku. Zalewamy mlekiem i śmietanką, i na wolnym ogniu doprowadzamy do wrzenia. Wsypujemy cukier, sól i przekrojoną laskę wanilii z której wyskrobaliśmy do ryżu ziarenka. Mieszać trzeba stale, bo ryż przywiera. Będzie wchłaniał śmietankę i mleko, wiec w razie potrzeby można go dolać.
W tym samym czasie w innym rondelku podgrzewamy miód z cukrem i wodą, wrzucamy cynamon i goździki oraz śliwki. Cukier stopi się, śliwki puszczą sok i powstanie gęsty, słodki sos. Tu także trzeba cały czas doglądać, bo łatwo się to przypala.
Gdy śliwki będą miękkie, sos ciągnący się, a ryż dojdzie w mleku - nakładamy sobie jednego i drugiego do miseczki i włączamy film...

środa, 3 listopada 2010

Wiejsko- chińsko



Wiem, tytuł posta raczej kiepski, chyba mało zachęcający?
Danie natomiast bardzo fajne i szybkie. Robione jeszcze kiedy była obecna świeża fasolka szparagowa, ale niedawno robiłam je ponownie z mrożoną i prawie się nie różniło. Opuściłam się ostatnio w blogowaniu, ale na kilka dni pojechałam do domu, z kotem, klnąc na czym świat stoi komunikację miejską, ruch drogowy w ogóle i wszelkie życie na ziemi.
Mało to humanistyczne, ale jak tu się oddawać refleksji czy melancholii właściwej dla Święta Zmarłych czy Zaduszek kiedy stale ktoś cię szturcha, skrobie pięty, popycha i tak dalej? No nie wiem, ale wydaje mi się, że akurat 1 listopada to najmniej można powspominać bliskich. Chodzi o to, żeby spotkać dawno nie widzianą rodzinę, popatrzeć na znajomych, którzy się roztyli i zbrzydli, porównać odzienia wierzchnie mijanych ludzi i wymienić zdawkowe uprzejmości z rodziną opiekującą się sąsiednim grobem...

Jak byłam mała, to kręciły mnie te wszystkie lampki, zapach stearyny i czekałam aż się ściemni i zrobi nastrojowo. Miały też swój udział w tej przyjemności gofry czy rurki kupowane pod cmentarzem... Teraz niewiele z tego zostało, chyba szkoda...

W każdym razie, wracając z cmentarza, po długim staniu i chodzeniu, warto było się pożywić, bo gofrów w tym roku nie jadłam, nawet rurki z bitą śmietaną, nawet obwarzanka:-(

Fasolka szparagowa z kiełbaskami i ryżem




Składniki:
300 gr. pokrojonej na kawałki fasolki szparagowej
kawałek ostrej kiełbasy wędzonej, najlepiej gdyby to było chorizo, ale cóż...
1 torebka mieszanki ryżu białego z dzikim
pęczek dymki
2 ząbki czosnku
sok z cytryny
kilka łyżek oliwy
3 łyżki sosu sojowego ciemnego
kilka listków bazylii

Przygotowanie:
Kiełbaski opiekamy na patelni z czosnkiem pokrojonym w plasterki. Dodajemy surową fasolkę (lub lekko podgotowaną gdy zamrożona) i smażymy chwilę żeby była chrupka. Dodajemy wcześniej ugotowany ryż, sos sojowy, bazylię i dymkę - i podsmażamy kilka minut. Na koniec skrapiamy sokiem z cytryny i posypujemy jeszcze świeżą dymką.

Przepis pojawił się kilka numerów temu w Kuchni.

czwartek, 30 września 2010

Tyle smaków na języku



Odwiedzanie nowych miejsc wiąże się dla mnie nieodłącznie z próbowaniem. Nie pozna się drugiego kraju lepiej niż przez kuchnię. Tam jest cała jego historia, styl życia, emocje i nawyki. Sami dobrze wiecie ile o Włochach mówi spaghetti a o nas bigos i pierogi.

Do Stambułu jechałam dobrze przygotowana. Po ostatnim pobycie, wiedziałam czego chcę spróbować ponownie, co przywieźć i czego unikać. Te 10 dni to była jedna wielka uczta, jedząc tyle w domu, miałabym gwarancję dodatkowych kilogramów, tam przy tej ilości wędrówek, nie zauważyłam nawet różnicy.

Turcja żyje z handlu, sposobem na życie często jest więc sprzedawanie towaru prosto z ulicy. Nie da rady być tam głodnym, na każdym kroku kuszą mini stragany: z gotowaną i grillowaną kukurydzą, kasztanami, z simitami (obwarzanki z sezamem) noszonymi często na głowie, z pokrojonymi i ułożonymi już na tackach melonami i arbuzami, i jeszcze nadmorskie świeże małże z przygotowaną cytrynką. Do tego popakowane w paczuszki za 1, 2 lub 4 liry orzechy różnej maści. Zdrowe, w sam raz do schrupania pomiędzy posiłkami. Do tego pokrojone kawałki ananasa i świeżo wyciśnięty sok z granatów i pomarańczy. Oczy tylko chodzą na prawo i lewo, próbując zdecydować, co zjeść najpierw.



ja i kasztany


obwoźny sprzedawca orzeszków

Turecka przedsiębiorczość zadziwia. Wszędzie na nabrzeżach stoją straganiarze, jak tylko na kawałku ulicy zwolni się miejsce, już wśród dźwięku trąbiących samochodów rozstawia się rezolutny sprzedawca pokrzykujący na przechodniów. Do tego ilość knajpek i kafejek, mini jadłodajni obezwładnia. Jest tego tyle, że aż dziw, że wszyscy mogą się z tego wyżywić. Klientów jednak nie brakuje. Przed każdą restauracją stoi kilku naganiaczy, zaprasza, zachwala, wykrzykuje menu w pięciu językach, a nóż ktoś się skusi. Niestety, na minus zaliczyć trzeba fakt, że tureccy kelnerzy mają chyba wrodzoną skłonność do naciągania swoich gości. Oprócz tego, że zawsze doliczają obsługę - od 10 do 20%, często nie mówiąc klientom o tym ani przed zamówieniem, ani nawet po, to jeszcze 'zdarza im się' źle przeliczyć euro na liry, coś tam zamaskować w rachunku, ukryć w napojach lub przystawkach - trzeba więc być czujnym. Z angielskim sprawa jest kiepska - zdarzyło mi się prosząc o rachunek 'bill', otrzymać 'milk' - mleko. Ceny są różne, najtaniej jak u nas - w ulicznych budkach. W restauracjach wyglądających jak nasi 'Chińczycy' można już jednak zapłacić jak w polskiej średniej klasy restauracji. Słynna Ciya położona po azjatyckiej stronie - zachwalana we wszystkich liczących się na świecie kulinarnych periodykach - choć wygląda dość niepozornie - skasuje 40 zł za zwykły kebab.


borkownia 'shark cafe'i jej borek


inna odmiana borka

My po 2 początkowych wpadkach zaprzestałyśmy jedzenia w miejscach turystycznych a zaczęłyśmy poszukiwać miejscowych stołowni. Im więcej Turków, tym lepiej. Tak znalazłyśmy tzw. 'borkownię' (to nasze słowo, od podawanego tam borka - zapiekanki z ciasta filo lub yufka z serem peynir) Shark Cafe wokół Wielkiego Bazaru.


a tak wygląda turecka odmiana pizzy margharita, spód grubszy, całość bardzo miękka i smaczna

Bardzo podobały nam się jadłodajnie na Istiklal Cadesi, gdzie można było z tacą przesuwać się i palcem wskazywać na co ma się ochotę. Dobry pomysł, zważywszy na trudności komunikacyjne, z jakimi miałyśmy do czynienia wszędzie.



tu potrawka z cukinii i ciecierzyca w sosie pomidorowym, wprost z tacy w jadłodajni

Bardzo malowniczo wyglądały też miejsca, gdzie podawano gozleme, czyli cieniutkie naleśniki bez tłuszczu z zawijanym w środku, przykładowo, świeżym szpinakiem. Robienie gozleme to zadanie dla starszych kobiet. Siedzą one sobie z boku, rozłożone na dywaniku i produkują kolejne placki dla siedzących na mini krzesełkach wygłodniałych piechurów.

Zdecydowanie warte spróbowania są wszelkie potrawki z bakłażanem, które nie nudziły mi się przez cały wyjazd. Niby nic nadzwyczajnego, ale rozkosz dla podniebienia niesamowita. Fantastycznie smakowały nam pide, w naszym żargonie 'łódeczki', czyli ichnie wersje pizzy, o kształcie łódki właśnie, z serem, szpinakiem i/lub jajkiem. Na uwagę zasługują też lahmacuny, cienkie placki z mielonym mięsem i sokiem z granatów, zawinięte z sałatką z pomidora, ogórka i natki pietruszki.
Koniecznie trzeba spróbować adana kebab - podobno najlepszy rodzaj kebabu, jak powiedział mi pewien turecki sprzedawca porcelany, i iskender kebab - pokrojona w plastry baranina z bakłażanem na sosie pomidorowym.


oto pide ze szpinakiem, bez łódeczkowych końców, bo zniknęły w zapamiętaniu, zanim zdążyłam sięgnąć po aparat

Do słynnych miejsc stołowania się należą podcienia Mostu Galata, które oferują wszelakie ryby i owoce morza, często w wersji fast food. Polecana mi przez kogoś bułka z rybą prawdę mówiąc głowy mi nie urwała, ale... spróbowałam.


buła z rybą, grillowana makrela w środku

Za to jednym z hitów okazały się mokre hamburgery, które zjadłam na placu Taksim dokładnie w tym samym miejscu co Anthony Bourdain podczas swojej podróży po Stambule. Malutkie, nasączone sosem pomidorowym (i niestety) tłuszczem, z serem i kotletem z mielonej baraniny, sprawiły, że aż zapiszczałam z zachwytu. Tego samego dnia udałyśmy się do również polecanej przez Tony'ego Durumzumy, jednak lokal był niewielki i nie zachęcał swoim wyglądem do zostania tam dłużej.

Na notkę zasługuje też mój największy wyczyn jako eksploratorki smaków. Kokoreç - czyli doprawione, smażone baranie jelita, najlepsze z młodego jagnięcia. Najpierw są one dokładnie czyszczone, potem nawlekane na taki szpikulec jak do szaszłyków i grillowane. Potem jeszcze się je sieka, smaży na blasze bez tłuszczu, dorzuca pomidory i dodaje przyprawy, głównie było to oregano i papryka, potem grilluje się bułkę i przykłada się ją do tłuszczu i soku, który puszczają jelita i pomidory. A potem wkłada się farsz do bułki i smacznego. Podobno jest to potrawa, którą się albo uwielbia, albo nie znosi. Mnie najpierw bardzo smakowało, ale w połowie bułki nagle mnie zemdliło i ten stan utrzymał mi się przez kilka godzin, najwyraźniej mój kokoreç do najświeższych nie należał. Smak jest specyficzny i nie bardzo podobny do polskich flaków. Za to zapach, jak raz się go poczuje, jest rozpoznawalny wszędzie...





Turcja słynie ze słodyczy, niemal na każdym korku są cukiernie, gdzie sprzedaje się ciastka słodkie i słone. Zioła, przyprawy, orzechy, i mnóstwo miodu, tłuszczu i syropu cukrowego. Zjesz 2 kawałki baklavy i masz dość, zjesz 3 kostki lokum i deser z głowy.




Można je kupować na sztuki albo na kilogramy, ceny baklavy to jakieś 60 zł za kilogram, za kawałek wychodziło po 2-3 zł. Do tego pyszna chałwa, krojona z bloku, miód z orzechami i którym już pisałam i niczego więcej nie trzeba.


wieczorny zestaw


kafejki pośrodku Wielkiego Bazaru

Największe zapasy zrobić można na Targu Korzennym, inaczej zwanym Bazarem Egipskim, na który wychodzi się prosto z Wielkiego Bazaru. To kilka uliczek, na których można zaopatrzyć się właśnie w słodycze, wszelkiej maści, herbaty, przyprawy, sery, kiełbasy wędzone, oliwki, orzechy i wszystko czego dusza zapragnie.




Ceny niższe niż gdzie indziej, ale i zróżnicowane pomiędzy sprzedawcami, więc trzeba pochodzić zanim się zdecyduje na zakup. Wszędzie i wszystkiego można próbować, sprzedawcy chętnie pokazują towar, co jeszcze nie zobowiązuje do kupna. Jeśli jednak zacznie się targowanie, kupić trzeba, taka jest zasada. Na korzennym bazarze można było zbić nie o 40-50% ceny jak na Grand Baazar, tylko o 1-2 liry na jednym zakupie. Wszystko pakowane ładnie w firmowy papier, obwiązane i obowiązkowo podane w foliówce, którą Turcy dają tu nawet do 1 jabłka. Warto dodać, że miejsca na bazarze się tam dziedziczy, a pracują w nich całe rodziny, synowie pomagają a wnukowie obserwują. Interesy w Turcji prowadzi się rodzinnie. Wybór przypraw wcale jest nie tak duży jak się spodziewałam, niemal wszystkie można kupić u nas, rzeczy mniej spotykanych niestety nie było. Z rzadszych tylko sumak i zathar, ale już czarnego kardamonu było brak, podobnie jak irańskiego szafranu co bardzo mnie zaskoczyło.





Zdecydowana byłam kupić piękne, gigantyczne oliwki, ale po spróbowaniu kilku rozmyśliłam się, bo były fatalne w smaku. Zrobiłam za to mały zapas mieszanek herbacianych, nie zdążyłam ich jednak jeszcze rozpakować. Jakimś cudownym specyfikiem musi być turecka viagra oraz love tea, bardzo aktywnie zachwalana przez handlarzy, jednak jakoś się nie skusiłam. Marynowane z za dużą ilością octu, wykrzywiały wprost twarz.

A po całym tym jedzeniu można umyć sobie ręce w ulicznej umywalni, albo napełnić butelkę z wodą.



Jeśli chodzi o wielość smaków, Turcja leży absolutnie blisko mojego serca. Wiele z tych potrawek, sposobów przyrządzania mięsa, zaadaptowałam już w domu, wiele jeszcze na pewno wypróbuję. Moja walizka miała 1 kilowy nadbagaż, naprzywoziłam chyba z 5-6 kilo różności, z których teraz zostały już nędzne resztki, bo znikają w tempie ekspresowym. Muszę jednak przyznać, że najlepszy durum doner jadłam w Łodzi, w knajpie Istanbul, gdzie przyrządza go kucharz pochodzący z Ankary. Muszę się tam koniecznie wybrać, bo za jedzeniem tęsknię chyba bardziej niż za samym miastem.

poniedziałek, 6 września 2010

Lubię, kiedy...



Emilia zaprosiła mnie do zabawy w lubienie, więc trzeba się sprężyć i odpisać. W sumie jestem dobra w celebrowaniu drobnych przyjemności życia - te duże zdarzają się zbyt rzadko, żeby się na nich skupiać...
W gruncie rzeczy to te drobiazgi, które sobie sprawiamy, albo które nas cieszą świadczą o tym, że człowiek daje jakoś radę ciągnąć to wszystko dalej. Łatwiej byłoby mi chyba pisać czego nie lubię, i to też coś pewnie o mnie mówi, ale ten blog to nie miejsce na takie wynurzenia;-)

Więc zaczynam:
1. Lubię biegać wczesnym rankiem, gdy powietrze jest bardzo świeże, ulice ciche i puste. Czuję wtedy, że jeszcze ode mnie zależy, czy ten dzień będzie dobry.

2. Lubię samotne wieczory, na kanapie, z książką czy z dobrym filmem, gdy mogę sobie pozwolić na kompletne lenistwo i nigdzie się nie spieszę.

3. Lubię znosić do domu nowe gazety, rzadko mogę się oprzeć kolorowym okładkom i ładnym zdjęciom. Kupuję tego mnóstwo, od Przekroju, przez Film, Elle, Kuchnię, po gazety o modzie, Bluszcz i Exklusiv. Sama nie wiem kiedy to czytam...

4. Lubię wtulić twarz w biały koci brzuszek...

5. Nieustannie, do upadłego tropię nowości rynkowe. Nie potrzebuję nawet reklamy, żeby kupować nowe dżemy, sosy, makarony, i oczywiście słodycze.

6. Lubię się czasem zgubić, do czego mam niejaki talent - nagle spoglądam na pozornie mi znane miejsce w zupełnie nowy sposób, jakbym zajrzała pod powierzchnię, na drugą stronę lustra;-)

7. Lubię się obudzić i czuć jeszcze sen, który ledwo co odpłynął. Wiem wtedy, że ktoś mi się śnił, bo czuję jakbym dopiero co się z nim rozstała, ale nie pamiętam co między nami zaszło albo gdzie byliśmy? Taki fajny bezczas i zawieszenie w przestrzeni

8. Lubię myśleć, że kiedyś rzucę wszystko i wyjadę gdzieś daleko, że mogę być kimś zupełnie innym jeśli tylko mocno zechcę.

9. Lubię chodzić po sklepach, strasznie lubię! Niektórzy powiedzieliby, że ocieram się o zakupoholizm, ale póki nie rujnuje to całkiem mojego budżetu, nie mam zamiaru przyznawać im racji. Uwielbiam nowe sezony, nowe kolekcje i myśl, że coraz bliżej do wyprzedaży. Chodzi tu też chyba o samą chęć posiadania, bo dopóki czegoś nie mam, potrafię myśleć o tym obsesyjnie - czując, że będę kompletna dopiero kiedy zamknę tę rzecz bezpiecznie w szafie.

10. I na koniec, lubię też swoje inne obsesje, a co ważniejsze - lubię obsesje innych ludzi. Wyławiać w nich to co dziwne, podejrzane, oryginalne - coś, co ich określa i tworzy ich obraz w mojej głowie. Tylko nasze dziwactwa czynią nas interesującymi i ja tam myślę, że trzeba je z troską pielęgnować!

A ponieważ bardzo lubię też paellę, to poniżej przepis. Każdy ma jakiś swój przepis na to danie, jest mnóstwo odmian paelli, nie ma więc jednego kanonicznego sposobu robienia jej.

Hiszpańska paella



Składniki:
2 torebki ryżu parabolicznego
10 dag szynki - pokrojonej w kostkę
2 kabanosy drobiowe lub kiełbaski chorizo (jeśli uda wam się je dostać)- pokrojone w plasterki
garść krewetek koktajlowych
3/4 szklanki bulionu drobiowego
2 papryki - czerwona i zielona - pokrojone w kostkę
mała cukinia - w pokrojona półplastry
1 lub 2 marchewki - w plastry
2 cebule
por - pokrojony w półkrążki
3 ząbki czosnku - posiekane
puszka pomidorów w kawałkach
łyżka sosu sojowego
oregano, estragon, tymianek
sól, pieprz

Przygotowanie:
Podgotować ryż ok.10 min.
W woku rozgrzać oliwę i wrzucić cebulę, por i czosnek. Smażyć 3 min. Dodać warzywa, dusić. Dodać szynkę i kabanosy, następnie bulion, ryż, pomidory, sos sojowy. Wymieszać, przyprawić ziołami i chwilę dusić. Dodać zamrożone krewetki. Wymieszać i chwilę dusić. Doprawić solą i pieprzem.

środa, 1 września 2010

Appolinaire zawiązał już śliniak...


"Zdaje się, że pochłaniając plaster szynki, zapytał, czy lubię poezję...", tak słynnego poetę opisuje Madeleine Page, jego przedwojenna miłość, wspominając ich pierwsze spotkanie...
W ostatnim Bluszczu znajdziecie strasznie ciekawy tekst o kulinarnych fascynacjach francuskiego poety. Minęły już czasy, gdy zaczytywałam się francuską poezją, ale tego o Appolinairze nie wiedziałam.
Był z znany z tego, że poezja nie była jego jedyną miłością - gdy tylko udawało mu się zarobić parę marnych franków, wyciągał Picassa na 'prawdziwe' spaghetti czy ravioli, albo biegł do żydowskiej dzielnicy na pachnący czulent. Przyjaciele wspominają go jako kogoś, kto po wyjściu z cukierni niemal rozrywał papier na paczkach, nie mogąc doczekać się słodkiej zawartości. Podobno w jego pokoju, nie wolno był po bałaganić i pluć na podłogę, ale przede wszystkim nie wolno było zjeść czegoś, czym gospodarz sam nie poczęstował. Jeśli ktoś się ważył, jego pierwotna natura dopiero wtedy dawała o sobie znać!
Appolinaire czytywał do poduszki książki kulinarne i był świetnym kucharzem. Ciekawe, że łączył w sobie wysublimowany smak i maniery z pewną prymitywną żarłocznością, która często brała górę nad etykietą. Najbardziej cenił sobie kuchnię włoską, potem francuską, polską, rosyjską i żydowską. Nie znosił za to angielskich szarych sosów i pieczeni.

Wiedział co mówi, więc jemu w hołdzie podaję kurzą nogę w marynacie włoskiej na warzywach w oliwie z oliwek. Już widzę jak ją porywa, z wielkim mlaśnięciem zatapia zęby, rozrywa ścięgna i ciućka kruche kostki! I chlapie na boki, zrzuca z talerza, popija swoim ulubionym złotym winem z Jerozolimy i wcale nie dyskretnie wyciera gębę skrawkiem wykrochmalonego obrusu!

Kurczak pieczony z warzywami



Składniki:
2 nogi kurze
papryka żółta i czerwona
cukinia
cebula biała i czerwona
4 ząbki czosnku
kilka ziemniaków
kilka łyżek oliwy z oliwek
sól, świeżo zmielony pieprz
marynata:
2 łyżki oliwy
łyżka sosu sojowego
kilka kropel soku z cytryny
tymianek, zioła prowansalskie
sól i pieprz

Przygotowanie:
Do torebki wrzucamy nogi i wszystkie składniki marynaty. Ugniatamy żeby nogi dobrze pokryły się sosem. Zostawiamy na noc w lodówce.
W naczyniu do zapiekania układamy pokrojone w ćwiartki ziemniaki, pokrojone w kawałki cukinie i papryki. Czosnek obrany wrzucamy w całości, cebule kroimy w ćwiartki. Polewamy oliwą i doprawiamy, mieszamy delikatnie. Na wierzch wykładamy mięso, wylewamy na danie całą marynatę.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy ok. 1,5 godziny z włączoną górną grzałką żeby warzywa i mięso się przypiekały. W połowie przewracamy mięso na druga stronę i wzruszamy warzywa, żeby równomiernie się podpiekły.
Najpierw pieczemy w jakichś 160 stopniach, potem, pod koniec, można zwiększyć temperaturę do 180 dla bardziej chrupiącej skorupki.



Sos, który pozostanie potem po pieczeniu warto jeszcze do czegoś wykorzystać, np. do polania ziemniaków czy smażenia czegoś, bo jest niesamowicie aromatyczny.

środa, 25 sierpnia 2010

Po śliweczce?



Wygląda na to, że to mój setny post. Nie zdawałam sobie sprawy, że tyle razy już tu publikowałam. Tak się przyzwyczaiłam do rutyny dodawania nowych potraw, że teraz jakoś nie wyobrażam sobie, że mogłabym przestać. Lubię sobie obmyślać co dam następnym razem, lubię tę dyscyplinę, jaką blog wymusza.

Poniżej śliwkowa tarta, która była na moich urodzinach. I tu mała refleksja na temat przepisów zamieszczanych w różnych gazetach. Nie będę wymieniała tytułów, bo niestety zdarza się to prawie we wszystkich pismach, ale bywa, że zamieszczone przepisy, nijak mają się do wykonania. Źle podane proporcje, czas pieczenia, albo zdjęcie, które chyba nie do końca oddaje dane danie. Nacinam się na to często i strasznie się wtedy denerwuję. Bo to brak szacunku dla swojego czytelnika i zwykła fuszerka. Wielokrotnie widzę, że zdjęcie potrawy było kupione z jakiegoś serwisu foto a przepis doklejony. Grrr! Tak było z tartą śliwkową, którą tu robiłam - ilość mąki trzeba było zwiększyć dwukrotnie, zdjęcie natomiast było zrobione z tarty na cieście półkruchym a nie na drozdżowym... Ciasta wyszło też tyle, że starczyło nie tylko na tartę, ale i na 3 babeczki. A przepis pochodzi ze starego Elle, przeleżał u mnie w teczce parę lat.
Na szczęście wpadki nie zdarzają mi się nigdy z książkami kucharskimi i autorskimi rubrykami, gdzie znane nazwisko dba o swoją renomę.

Tarta śliwkowa



Składniki:
30 dag śliwek, przekrojonych na pół i wypestkowanych
2 szklanki mąki - ok. 320 gr
2 jajka
1/2 szklanki cukru, może być brązowy
4 czubate łyżki masła
1/2 saszetki suszonych drożdży
1-2 łyżki soku pomarańczowego
1/2 szklanki letniej wody

kubeczek śmietany kremówki 30%
serek Danio

Przygotowanie:
Mąkę wymieszaj z drożdżami i cukrem. Roztop masło i przestudź je. Do mąki dodaj jajka, masło, sok i 1/3 szklanki wody. Zamieszaj i wyrabiaj ciasto. Jeśli trzeba dodać wody lub mąki, nie krępuj się. Ciasto ma być elastyczne i łatwo odchodzić od dłoni. Po wyrobieniu należy je przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 2 godziny.
Piekarnik nagrzewamy do 210 stopni. Formę do tarty smarujemy masłem i wykładamy ciastem. Układamy w kręgi śliwki i posypujemy je dodatkowo 2 łyżkami brązowego cukru. Pieczemy ok 35-40 minut.
Pozostało mi ciasto, więc wyłożyłam nim foremki na babeczki, upchnęłam do środka po1/5 śliwki i zakryłam je ciastem. Wyszło bardzo fajnie.

Babeczki i tarta wyszły naprawdę smaczne, a podawałam je z ubitą na śmietanę kremówką, wymieszaną potem delikatnie z serkiem Danio, to dobry pomysł na szybki krem.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Klopsiki z kiełbasek


Jeszcze mieszkając w domu z mamą zbierałam przepisy. Z gazet, telewizji, gdzieś zasłyszane. Odkładane do jakiejś wielkiej teczki.
Książki kucharskie zaczęłam jednak kupować dopiero jak wyprowadziłam się do siebie. Bo jednak dom bez książki kucharskiej to nie dom. Na honorowym miejscu powinna stać taka "Kuchnia Polska", gruba jak cegła, w której są wszystkie przepisy tzw. domowe, które można sobie wymarzyć. Z takiej książki korzysta się potem latami i przekazuje kolejnym pokoleniom.

Tę już mam, kompletuję więc inne. Książki Jamiego Olivera czy Gordona Ramseya to dziś podstawa, jakimś cudem nie mam jednak nic Nigelli, co kiedyś będzie trzeba naprawić. Jak już zacznie się je kupować, nie można przestać. Szuka się po allegro, antykwariatach, na ebayu. Bo właśnie po kilku polskich pozycjach, lub po polsku wydanych, nabiera się apetytu na książki zagraniczne. Polecone przez innych blogerów (jak Bill Granger poznany dzięki Almost Bourdain, którego pierwsza książka po polsku wyjdzie już w czerwcu), lub nawet ich autorstwa, jak Clotilde Dusoulier. Kupuje się książki omawiające konkretną kuchnię, ostatnio szukam dobrej tajskiej, a zaraz potem eseje kulinarne, opowieści z życia kucharzy czy kulinarnych pasjonatów. Polecam szczególnie M.F.K. Fisher czy Julię Child, której "Moje życie we Francji" ukaże się w czerwcu nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Pięknie wydane zdobią półkę i dają pocieszenie. Nie należę do osób, które robią sie głodne po przeglądaniu takiej książki, ja przeciwnie, najadam się nimi. Planuję kolejne posiłki, czuję na języku smak i nie muszę od razu sięgać po batonik.
Jednak sterta przepisów do wypróbowania rośnie, obawiam się, że z tym dożywotnio będę już w niedoczasie.

Tagliatelle carbonara z klopsikami z białej kiełbasy



Przepis pochodzi z, na pewno wielu osobom znanej, "Włoskiej wyprawy Jamiego"

Składniki na 2 osoby:
300 gr. makaronu, ja użyłam tagliatelle ale Jamie polecał jeść z linguine
3 niewielkie białe surowe kiełbaski
100 gr. wędzonego boczku
2 żółtka
pół kubeczka kremówki, jakieś 60 ml
skórka z połówki cytryny
świeżo starty parmezan - 100 gr, u mnie był to jednak ementaler dla ścisłości
natka pietruszki
oliwa, sól, pieprz
łyżka mąki

Przygotowanie:
Natnij flaki kiełbasek i wyciskaj małe kulki obtaczając je lekko w mące - układaj na blacie. Rozgrzej patelnię z oliwą, usmaż kulki na złoty brązowy kolor, dodaj boczek lub pancettę i smaż aż się zrumieni.
W międzyczasie gotuj już makaron według przepisu na opakowaniu.

W misce ubij żółtka z kremówką (może być trzepaczką). Dodaj połowę parmezanu, skórkę z cytryny i pietruszkę - wymieszaj na gładką masę.
Makaron odsącz, zostawiając jednak 1/3 szklanki wody z gotowania.
Wrzuć go z powrotem do garnka, dodaj trochę wody z gotowania i wymieszaj, żeby się nie kleił, dodaj sos, szybko połącz z makaronem. Trzeba to robić sprawnie, jednak nie ma obawy żeby jajko się ścięło w zetknięciu z makaronem. Dodaj kulki mięsne i boczek. Jeśli danie wyda ci się za suche, dolej resztę wody z gotowania.

Posyp resztą startego sera i natką pietruszki. Posyp świeżo zmielonym pieprzem.
Rewelacyjne, bardzo smaczne danie, a kulki z białych kiełbasek od tego czasu stosuję często i do innych potraw.

sobota, 10 kwietnia 2010

Wzięte w nawias


Zaplanowałam już tę potrawę i tego posta wcześniej, więc pomimo, że dookoła tyle się dziś dzieje, zamieszczam go. Chociaż nie byłam sympatykiem prezydenta i jego frakcji, naturalnie jestem wstrząśnięta i nie raz mi dreszcz po plecach przeszedł gdy oglądałam tvn 24. Dla mnie osobiście wielką stratą jest śmierć Izabeli Jarugi-Nowackiej, postaci niezwykle ważnej dla wszystkich kobiet.
Gdy sie dzieją takie rzeczy, zawsze się potem pamięta co się robiło w danej chwili, gdy nadeszła wiadomość. Tak było gdy umarł papież, Michael Jackson, to taki czas wzięty w nawias...

Kurczak z pieczarkami i porem



Danie niewymyślne, proste do przygotowania, smaczne.

Składniki:
1 pierś z kurczaka
15 dag pieczarek
1 por
2 łyżki masła
2 łyżki świeżego posiekanego estragonu, lub 1 łyżka suszonego
1/2 szklanki wytrawnego białego wina
1/3 szklanki śmietanki 30%
sól, pieprz

Przygotowanie:
Pierś kurczaka pokroić na kawałki, posolić i popieprzyć. Pieczarki, kapelusze i ogonki, pokroić na plasterki. Białą część pora i część zielonej pokroić na plasterki.
Na dużej patelni lub rondlu rozpuścić masło, dodać kurczaka, przesmażyć chwilę. Dodać pieczarki i pora, podsmażyć. Dodać estragon i smażyć ok. 8 minut.
Dodać wino i śmietankę (nie zważy się), zmniejszyć ogień, przykryć rondel i dusić 5 minut. Następnie zdjąć pokrywkę i pozwolić żeby sos trochę odparował i zgęstniał. Doprawić do smaku.
Podawać z sypkim ryżem i kieliszkiem białego wina.

wtorek, 9 marca 2010

Delikatny smak tagliatelle



Dziś łagodzący podniebienie makaron ze szpinakiem i serem pleśniowym, zanim jednak przepis, kilka refleksji.

Czy widział ktoś nowy program Magdy Gessler "Kuchenne rewolucje"? Niecierpliwie czekałam na premierę, bo lubię jadać na mieście często, i bo niepokoi mnie w jakim stanie są nasze restauracje. A poza tym, lubię też popatrzeć jak ktoś wpada i robi kompletną, że tak powiem 'rozpierduchę', które to zadanie stało się udziałem Magdy Gessler.
Pierwsza rzecz, pozytywnie zaskoczyła mnie sama prowadząca. Choć traktowałam ją zawsze z szacunkiem, bo nie jest łatwo utrzymać na dobrym poziomie kilka restauracji na raz, to jednak nie do końca z sympatią. Drażnił mnie szczebiot pani Magdy, jej barokowość, jej cukierkowość. A tu okazało się, że to kobieta, która potrafi ludźmi potrząsnąć, wyegzekwować swoje polecenia i sporo w niej ognia. Podobał mi się sposób w jaki rozmawiała z ludźmi, bo nie było tu miejsca na rozstawianie ich po kątach, tylko cierpliwe wytykanie błędów, ale cały czas z szacunkiem. Podobało mi się też, że w odpowiednim momencie sama zakasała rękawy i wzięła się do roboty.

Natomiast sama restauracja to już inna kwestia. Takich, jak ta pokazana w 1 odcinku, jest multum, jest większość obawiam się. Obsługa brana z łapanki, która nie ma nie tylko przeszkolenia w obsłudze, ani nie wie co w zasadzie składa się na ich menu, ale nie ma też elementarnych zasad kultury osobistej czy schludnego wyglądu. Z obsługą podobnie jak z toaletą w lokalu, jeśli toaleta brudna, kuchnia brudna. Jeśli ktoś zatrudnił słabą obsługę, raczej nie przykłada się też do doboru personelu kuchennego, a tym samym do jakości naszego jedzenia.
Każdy ma fatalne doświadczenia z pobytu w restauracjach, nawet tych drogich, których pozornie byśmy o to nie podejrzewali. Przykre, ale coraz częściej wycieczka do jakiegoś lokalu kończy się niezadowoleniem, a mała rzecz jak nieostre sztućce może całkiem zepsuć radość z posiłku.

Polskie restauracje mają więc długą drogę do przebycia, zarówno pod względem wystroju, obsługi, jakości potraw i zasad autopromocji. Miejmy więc nadzieję, że właściciele lokali będą gromadnie zasiadali przed ekranem i coś tam do nich trafi. Mnie to się marzy taki trochę inny program kulinarny. Ukryta kamera, niezapowiedziana wizyta w restauracji i wyjątkowo irytujący gość. To by dopiero było ciekawe!

A dziś danie niezwiązane tematycznie z powyższym postem. Po kilku dniach zupy cebulowej, miałam już jednak dość pokrzepiających pokarmów i zdecydowałam się na delikatny makaron z serem pleśniowym, na który przepis znalazłam na opakowaniu makaronu szpinakowego, którego marki niestety nie pamiętam, ale brzmi 'z włoska' z nazwy. Kubki smakowe odpoczywają przy tym daniu, a przy tym jest proste i smaczne.

Makaron tagliatelle z kurczakiem i szpinakiem



Składniki:
400 gr makaronu, najlepiej szpinakowy
450 gr mrożonego szpinaku w brykiecie
pierś kurczaka
2 średnie cebule
2 ząbki czosnku
100 gr sera pleśniowego (Lazur,Rokpol)
szklanka śmietany 18%
łyżka masła
sól,pieprz,gałka muszkatołowa

Przygotowanie:
Makaron ugotować al dente i przelać zimną wodą.W rondlu roztopić masło,dodać szpinak,powoli go zasmażając.Gdy już będzie ciepły, dodać rozgnieciony czosnek,posolić i popieprzyć wedle uznania.Na patelni zrumienić kawałki kurczaka,dodać pokrojoną na półplastry cebulę.Zeszklić,następnie przełożyć do szpinaku,zalać śmietaną i chwilę poddusić. Teraz trzeba dodać makaron i wszystko wymieszać, może więc być konieczne podmienienie garnka, bo danie może nie zmieścić się w rondlu.Do tego dodajemy pokrojony w kostkę ser pleśniowy.Chwilę dusimy aż ser zacznie się roztapiać. Na końcu posypujemy odrobiną gałki muszkatołowej.

A widzicie ten syfon na zdjęciu?! Kto jeszcze pamięta wycieczki po wodę sodową? A potem sodówka z sokiem malinowym... to były czasy...

wtorek, 2 lutego 2010

Posyp mnie kminkiem



Nie często trafiają nam się w środku tygodnia takie wczesne popołudnia spędzone na czytaniu książki, gdy za oknami jeszcze jasno a my możemy popatrzeć jak pada śnieg.
Są takie książki, które są wręcz stworzone do czytania zimą, szwedzkie kryminały przykładowo, książki Virginii Woolf czy Iana McEwana.

Ostatnio zasiadłam przy nowej pozycji Olgi Tokarczuk, o niesamowitym tytule zapożyczonym od Blake'a - "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Aż się prosiło żeby usiąść przy samym oknie z widokiem na zasypany park; w końcu bohaterka mieszka niemal na odludziu, w małym miasteczku w Kotlinie Kłodzkiej. I choć akcja toczy się przez cały rok, zima wydaje się być dominującą porą roku.

Siedząc tak i czytając pochrupywałam kminkowe słone paluszki dumając nad tymi wszystkimi zwierzętami o które nikt nie walczy. Z boku na parapecie leżała moja kotka, która kiedy tylko jestem w domu podąża za mną krok w krok, bojąc się, że niepostrzeżenie znowu zostawię ją samą.
Takie to smutne, że ludzie których obchodzą zwierzęta, rzeczywiście wyglądają w oczach innych na nieszkodliwych wariatów, próbujących nadaremno zbawić świat. Tak się składa, że pani Duszejko z książki, jest mi bardzo bliska w swoich zapatrywaniach. Jakoś zawsze zwierzęta obchodziły mnie bardziej niż ludzie, którzy w końcu potrafią o siebie zadbać przy minimum wysiłku.

Jak czasem oglądam policyjne programy z USA o zwierzętach to nie mogę sie nadziwić, że u nich rzeczywiście policja przyjeżdża na wezwanie a nieodpowiedzialnych czy sadystycznych właścicieli naprawdę stawia sie przed sądem! U nas ani schronisko, ani policja ani nawet osiedlowy weterynarz nie ruszą się z ciepłych stołków. Wiem, bo słyszałam różne historie od znajomych, wiem bo sama próbowałam.

W zasadzie niewiele zmienia świat wysypanie okruchów chleba kaczkom czy wysypanie bezdomnym kotom trochę karmy. Ale jakoś lepiej się człowiek wtedy czuje, jakoś tak łatwiej potem zasiąść z tą książką w ciepłym pokoju.



Słone paluszki z kminkiem
(przepis pochodzi z książki "Pikantne ciasta i ciasteczka" Hanny Szymanderskiej)

Składniki:
2 szklanki mąki pszennej
50 gr masła (w przepisie było 100 gr)
20 gr świeżych drożdży
1/2 szklanki mleka
1 jajko
1 białko
sól
kminek
łyżeczka cukru
mielony kumin (dodałam sama, nie było w przepisie)
łyżka oleju

Przygotowanie:
Utrzeć cukier z drożdżami, łyżką mąki i mlekiem na gładką masę. Odstawić garnuszek w ciepłe miejsce aż zacznie fermentować.
W misce przesypać resztę mąki, wlać zaczyn. Dodać sól, kumin, następnie wbić jajko i dokładnie ze sobą wymieszać. Następnie dodać roztopione masło.
Wyrabiać ciasto, aż zacznie się oddzielać od dłoni. Przełożyć je do miski, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Powinno niemal podwoić swoją objętość.
Następnie rozwałkować je ma posypanej mąką stolnicy na grubość 5 mm i posypać je gęsto kminkiem. Pokroić w paski dowolnej grubości i układać na posmarowanej olejem blasze, smarując paluszki przed włożeniem do piekarnika roztrzepanym białkiem lub żółtkiem - ja robiłam to na przemian i dobre wyszło w obu wersjach.

Wstawić do nagrzanego wcześniej do 170 stopni piekarnika na jakieś 15-20 minut.
Mnie z tej ilości ciasta wyszły 3 wsady, im bardziej nagrzany był piekarnik, tym oczywiście krótsze było pieczenie.

Jeśli paluszki nam nie wyjdą, zawsze możemy je pokruszyć ptakom;-)

PS: Przy produkcji paluszków nie ucierpiała żadna ksiażka;-)

Z Liską o drobnych przyjemnościach życia


Wiadomość z ostatniej chwili - dziś na portalu oFeminin, z którym współpracuje ukazał się mój wywiad z Liską z White Plate.
Zapraszam do czytania

Z Liską rozmawiam o tym jak trudno dzielić się autorskimi przepisami, swoimi przemyśleniami i prywatnością. Dowiemy się też w jaki sposób powstają nowe smaki i co jest takiego w prowadzeniu bloga, co każe go kontynuować.

Jako, że blogi kulinarne przebojem zdobywają serca internautów a jedzenie ponownie staje się dla nas rytuałem, ważną częścią naszego życia oraz elementem budującym towarzyską wspólnotę - uważam, że warto pokazywać w mediach osoby, które potrafią pielęgnować codzienność.

Poprzez gotowanie, smakowanie i dzielenie się pożywieniem z bliskimi nam ludźmi, wyrażamy w końcu nie tylko swoją pasję, ale i uczucia wobec innych osób. Pewne smaki i zapachy utrwalają w sobie moment lepiej niż fotografia.

czwartek, 7 stycznia 2010

Zostań polską Nigellą...



Przyznaję, trochę mnie ten konkurs wkręcił. Nie żebym miała sama w nim startować, bo absolutnie mam świadomość, że daleko mi do kulinarnej bogini i wielu rzeczy jeszcze nie potrafię, ale jednak z radością wczytałam się, o co w tym wszystkim chodzi.
Otóż, konkurs organizuje Dzień Dobry TVN do spółki z Kamisem, którzy najwyraźniej zwąchali, że gotowanie od jakiegoś czasu kojarzy się fajnie i nie wstyd przyznać się kobiecie, że stoi przy garach.

Co więcej, organizatorzy mają właśnie zamiar udowodnić, że nie tylko mężczyźni są dobrymi kucharzami, co kompletnie mnie rozłożyło! Może i zawodowo więcej facetów gotuje (dowód na stereotypowe traktowanie tego zawodu), co nie znaczy że normalnie na co dzień proporcje wyglądają podobnie.
Udowadniać wiec chyba muszą sami sobie, bo my doskonale wiemy, jak jest w praktyce. Nie powiem, kilku z moich kumpli gotuje świetnie i porywają się czasem na naprawdę skomplikowane dania, ale nie uważam, żeby talent do gotowania mieli mężczyźni, bardziej niż kobiety. Trochę to seksistowskie obiecywać paniom że właśnie nadeszło ich '5 minut w kuchni', skoro nikt sobie nie przypomina, żeby ta umiejętność cudownym sposobem u kobiet wyginęła.



W ogóle mam wrażenie, że program ten jest przysłowiowe '10 lat za murzynami' (pardon za wyrażenie), bo telewizyjne show tego typu wydaje mi sie być pomysłem przeniesionym z lat 50-tych w Ameryce - stąd też odpowiednia oprawa fotograficzna tego postu - kiedy to wypadało się ścigać o miano najbardziej perfekcyjnej pani domu - a więc, która lepiej gotuje, ma czyściej w domu i bardziej nienaganny makijaż. Chyba z tego już wszyscy dawno wyrośliśmy?

Tak więc, poszukiwania polskiej Nigelli ruszają. Panie, które przejdą wstępne castingi będą musiały wykazać się nie tylko talentem do gotowania, przybierania potraw, wiedzą o sztuce kulinarnej ale i odpowiednim wyglądem. Bo mają być ponętne, zmysłowe i sensualne, nawet przy obieraniu ziemniaków, jak Nigella właśnie. Każda z nas co prawda ogląda ją z zachwytem, ale chyba żadna z nas nie jest na tyle naiwna, żeby sądzić, że tak to wygląda w realu. Program to program i nawet Nigelli robią wcześniej makijaż, zakładają ciuchy a w napisach końcowych można z łatwością znaleźć pozycje stylistów od jedzenia...



No, i żeby nie było za łatwo, ta polska kulinarna bogini będzie musiała jeszcze umieć dostosować się do sytuacji, bo producenci zapowiadają, że będzie trzeba i odnaleźć się na poligonie wojskowym! Wszystko to będą oceniać: Andrzej Polan – kucharz współpracujący na stałe z Dzień Dobry TVN, Maciej Nowak – krytyk kulinarny oraz trzeci, co tydzień inny juror, plus oczywiście widzowie. Ciekawe, że to właśnie oni zadecydują ostatecznie która z pań wygra w konkursie kulinarnym, choć naturalnie nie będą mieli okazji tych potraw spróbować.
Ta, która wygra dostanie kontrakt na program kulinarny dla TVN oraz szkolenia w ekskluzywnej sieci hoteli.

Czeka nas więc klasyczny konkurs piękności, tylko w kapkę zmienionej scenerii. Nie wątpię, że oglądalność będzie spora, TVN wylansuje nowe gwiazdy spośród zwykłych ludzi a widzowie będą zadowoleni, bo będą mogli przy okazji sms-owania np. wygrać mikser!



Choć oczywiście ponarzekałam tu straszliwie, ja też pewnie zasiądę przed telewizorem, ale komórkę to schowam na ten czas w lodówce...

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Taką kawę to ja mogę pić



Skoro początek roku i tak dalej, a do podsumowań nie jestem skora - choć zeszły rok nie był wcale zły - postanowiłam wyjrzeć trochę w przyszłość. Ja tam zdeklarowaną optymistką raczej nie jestem, kto mnie zna, ten wie..., ale z takim kalendarzem to nie wiadomo czy pierwsza nie stanęłabym na czele pochodu świeżo wyleczonych z ogólnego marazmu.

Blog co prawda jest kulinarny, ale w końcu kalendarz wydaje firma produkująca kawę, więc można sobie chyba na tę dygresję pozwolić, skoro mowa o uprzyjemnianiu życia.

Najnowszy kalendarz Lavazza 2010 po prostu powala na kolana feerią barw. Niesamowite, surrealistyczne fotografie Milesa Aldridge’a nawiązują stylem do filmów Felliniego. Niby są futurystyczne ze względu na użytą kolorystykę, ale z drugiej strony mocno retro, co widać po ubiorach modelek, makijażu czy scenografii zdjęć.

Motywem przewodnim na 2010 rok była włoska muzyka popularna. Do zdjęć reprezentujących sześć legendarnych włoskich piosenek wybrano sześć supermodelek: Bianca Balti, Georgia Frost, Lydia Hearst, Daisy Lowe, Alexandra Tomlinson i Alek Alexeyeva. Każda z nich zapozowała do portretu, podpisanego tytułem jednego z ponadczasowych szlagierów a la Italia: Va' Pensiero, Guarda Che Luna, 'O Sole Mio, Con Te Partir?, Baciami Piccina i Nessun Dorma.

Mnie najbardziej podobają się zdjęcia z marca-kwietnia i września-października. To pierwsze zachwyca połączeniem zimnego błękitu i czerwieni, stylowo ułożona na brzegu basenu Alexandra Tomlinson popija filiżankę Lavazzy nostalgicznie zapatrzona w dal. Na co spogląda, o czym myśli, nie wiadomo. Czy tęskni czy jest znudzona, możemy się tylko domyślać.



Właśnie niezwykła narracyjność tych zdjęć urzeka mnie najbardziej, każde opowiada jakąś historię a my widzimy tylko jeden kadr, jednak bardzo nasycony znaczeniem.
W sumie zastanawia mnie, że firma reklamuje tę edycję jako niezwykle optymistyczną, radosną i wzbudzającą apetyt na życie. Na fotografiach Brytyjczyka kobiety z uszminkowanymi na czerwono ustami, w obcisłych sweterkach wydają się być zamyślone, nostalgicznie zapatrzone w dal, nie do końca zadowolone z życia. Mnie fotografie te wydają się dość melancholijne, szczególnie ta kolejna powyżej/poniżej wspomniana.



Ułożona na podłodze w pastelowym pokoju Lydia Hearst, wyraźnie opłakuje jakiś przed chwilą zakończony romans. Z rozmazanym makijażem i strojem w nieładzie rozdaje swoje niechciane pocałunki pustym i samotnym filiżankom do kawy. No cóż może być bardziej optymistycznego, chciałoby się rzec...

Żródło: materiały prasowe Lavazza