Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2011

Zupa z kurkami na sposób włoski




Słaba jestem w zbieraniu grzybów. Raczej boję się sama zbierać, boje się nawet kupować od przypadkowych osób, bo nawet gdyby mnie walnięto w głowę trującym grzybem, pewnie nie zorientowałabym się.
Dlatego kurki traktuję jako opcję dla laików. Są tak charakterystyczne, że trudno się pomylić. Nie ma z nimi dużo zachodu, dają wspaniały smak i zapach, i świetnie zestawiają się z różnymi orientalnymi smakami. Dziś nowa zupa, kurki zestawione z suszonymi pomidorami i koprem włoskim. Może wydaje się to zaskakujące, ale w smaku jest jak dla siebie stworzone.

PS: Niedługo wybieram się na ekologiczny targ w fabryce Norblina. Jak nie zapomnę aparatu, udokumentuję.

Zupa z kurkami na sposób włoski




Składniki:
250 gr kurek, oskrobanych i z odciętymi końcówkami
5 gałązek selera naciowego
2 marchewki
1 pietruszka średniej wielkości
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
1 bulwa kopru włoskiego
pół słoika pomidorów suszonych w zalewie
litr bulionu grzybowego
kubeczek kremówki 30%
natka pietruszki
sól, pieprz

Przygotowanie:
Warzywa kroimy w plasterki, koper siekamy jak kapustę, cebulę w piórka, czosnek w plasterki. Podsmażamy kilka minut na oliwie - ja użyłam tej z pomidorów.
Dodajemy oczyszczone kurki i jeszcze smażymy kilka minut. Zalewamy bulionem, dodajemy suszone pomidory, gdy bulion zawrze i gotujemy 20-30 minut, aż warzywa i grzyby będą miękkie.
Odlewamy trochę zupy do garnuszka i mieszamy ze śmietaną - zabielamy zupę. Doprawiamy do smaku, posypujemy pietruszką i podajemy.

Fajny, grzybowo-cytrynowy smak zupy, polecam.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Falafel z sosem tahini



Zwykle pod koniec nocnej imprezy dopada mnie głód, który zaspokoić może tylko kebab barani lub falafel z sosem czosnkowym. Niestety, 3 kulki z ciecierzycy to zawsze za mało, żeby się nasycić. Już od dawna chodziła za mną potrzeba zrobienia falafela, ale w pamięci miałam jak kiedyś przy miksowaniu zbyt twardej cieciorki, zepsuł się malakser.
Tym razem pamiętałam, żeby ją wcześniej moczyć przez 12 godzin...

Robienie falafela jest bardzo czasochłonne. Wszystko zajęło mi jakieś 3 godziny, i pod koniec przeklinałam już moment, w którym w ogóle o tym pomyślałam. Ale gdy falafel jest już gotowy, i chrupiące kulki czekają na talerzu, to faktycznie jest satysfakcja. To był mój pierwszy raz, i kule wyszły trochę za suche, więc w przepisie podaję już w wersji, która powinna być bardziej wilgotna.

Zwykle falafel jada się z sosem czosnkowym, ja zrobiłam rewelacyjny sos z pastą sezamową tahini, teraz będę go stosowała częściej, do ryby czy kurczaka satay.

PS: W Warszawie na Francuskiej jest świetny kebab, do którego dodają hummus. Polecam!

Falafel z sosem tahini




Składniki:
400 gr ciecierzycy
3 ząbki czosnku, rozgniecione
1 duża cebula
skórka starta z 1 cytryny + 1 łyżeczka soku z cytryny
garstka świeżej mięty, kolendry i tymianku
1 łyżeczka kuminu
1 łyżeczka kolendry mielonej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
olej arachidowy - kilka łyżek
sól, pieprz

Sos:
1-2 łyżki tahini
opakowanie jogurtu greckiego
1-2 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka miodu
1 łyżka ciepłej wody

Przygotowanie:
Ciecierzycę moczymy w zimnej wodzie przez 12 godzin, potem płuczemy. Miksujemy ją po 3 łyżki stołowe w blenderze - najlepiej zamykanym, bo strasznie pryska. Zmielona cieciorka powinna mieć konsystencję kruszonki. Osobno miksowałam zioła, przyprawy z olejem. Potem łączymy wszystko razem, mieszamy porządnie i formujemy kule wielkości piłeczki golfowej. Z tej ilości wyszło ich ok. 20.
Przykrywamy je folią i chłodzimy ok. godzinę.

W międzyczasie robimy sos - mieszamy wszystkie składniki.

W głębokiej patelni rozgrzewamy pół butelki oliwy i smażymy falafele na średnim ogniu, przewracając stopniowo, by były równo brązowe. Osączamy na papierze.

Możemy jeść falafele z pitą, w tortilli, ale możemy też zjeść je palcami maczając w sosie, co jest najwygodniejsze.

Przepis pochodzi z książki Gordona Ramseya - "Kuchnie świata".

sobota, 30 lipca 2011

Duszone letnie warzywa



Czasami nie chce się cudować, tylko zjeść coś szybkiego, niewyszukanego. Takie duszone warzywa robię zwykle, gdy wiem, że kolacja będzie obfita (na przykład dzisiaj). Nie dam rady się głodzić do tego czasu, a nie chcę jeść 'normalnego' obiadu, więc szybki przegląd lodówki i wrzucamy co tam jest do rondla, dodajemy trochę ziół i gotowe.
Nie trzeba się trzymać ściśle żadnego przepisu, jeśli czegoś zabraknie albo dodacie coś od siebie, będzie pewnie tak samo smaczne.

PS: Podobno w Łodzi otwierają się nowe restauracje Magdy Gessler. Trzy, obok siebie, w Manufakturze. W sumie to dobrze, bo może uda jej się podnieść poziom łódzkich lokali, który generalnie jest słaby, ale koleżanka w dyskusji na FB słusznie zauważyła, że to wręcz desant Magdy Gessler. No i jak komuś nie spodoba się w jednej, to pewnie już nigdy nie zajrzy do pozostałych. Ale to też nie do końca prawda, bo jak w jednej budce kebab wam nie smakował, to nie znaczy, że już nigdy na żaden kebab nie pójdziecie.

Duszone warzywa z ziołami




Składniki:
1 cukinia
2 patisony
2 karotki
gałązka rozmarynu
2 gałązki tymianku
2 ząbki czosnku
1 łyżka masła
kapka oliwy z oliwek
odrobina octu balsamicznego
cukier, sól, świeżo zmielony pieprz

Przygotowanie:
Nie obieramy cukinii ani patisonów. Warzywa kroimy w słupki, czosnek w plasterki. Na maśle podsmażamy marchewkę z odrobiną cukru i octu balsamicznego. Dolewamy oliwy, wrzucamy cukinię i patisony, zioła, smażymy chwilę. Dolewamy trochę wody, przykrywamy rondel na kilka minut. Odkrywamy pod koniec, żeby woda wyparowała. Całe smażenie-duszenie nie powinno zając dłużej niż 10 minut, żeby warzywa były jeszcze chrupkie.
Z kieliszkiem wina to świetny, zdrowy i lekki posiłek.

niedziela, 22 maja 2011

Pesto z cukinii



Ciężko mi się ostatnio zabrać do bloga, coraz częściej mam też problem co pokazać, bo jakoś przestałam wypróbowywać nowe przepisy. Wracam do tych starych, sprawdzonych. Raczej mam ostatnio ochotę odnaleźć te smaki, które już znam, niż na poszukiwania czegoś nowego.

Cukinię przerabiam teraz na kilogramy, także szparagi, ale nie robię nic niezwykłego, sama prostota. Z masłem, w risotto, w paście curry.
Ostatnio też najbardziej atrakcyjny dla mnie obiad to młode ziemniaki z koperkiem, kefirem i jajkiem sadzonym. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała zmienić tematykę bloga:)

Na szczęście będzie to problem kolejnych wpisów, bo na dziś mam jeszcze pesto z cukinii.

Pesto z cukinii



Składniki:
2 małe i wąskie cukinie
mały oscypek
natka pietruszki
świeża bazylia
kawałek parmezanu
uprażone i obrane orzechy włoskie
ząbek czosnku
oliwa z oliwek
makaron

Przygotowanie:
Nie podawałam dokładnej ilości wszystkiego, bo tak naprawdę dajecie, ile lubicie. To też fajna zabawa, bo za każdym razem wyjdzie trochę inny sos.
Cukinię kroimy w kawałki i podsmażamy z czosnkiem. Dodajemy zioła, dusimy. Orzechy prażymy na suchej patelni i potem pocieramy w ściereczce, to skórka sama zejdzie.
Do miksera wrzucamy cukinię, orzechy i miksujemy, wlewając powoli oliwę. Ja trochę sera starłam do sosu, a resztą posypałam danie.

Przepis pochodzi z takiej małej książeczki dodawanej do "Kuchni":)

czwartek, 14 kwietnia 2011

Chrzan nie tylko do jajek



Tego jeszcze nie było. Czytywałam czasem bloga Gwyneth Paltrow, bo bywało, że miała na nim różne eko ciekawostki, ale nie przypuszczałam, że zabierze się za pisanie książki kucharskiej...
I jest, do amerykańskich księgarni właśnie trafiła jej książka "My father's daughter". To zbiór prostych, łatwych do przygotowania przepisów, które mają zapewnić nam udany weekend z rodziną. Oczywiście jest tam sporo kuchni makrobiotycznej, bo aktorka, jak jej przyjaciółka Madonna, prowadzi ekstremalnie zdrowy tryb życia. Gwyneth zdradza podobno, że gotowanie od 10 lat jest jej główną pasją, choć gdy patrzy się na jej bardzo szczupłe ciało, bardzo trudno w to uwierzyć.



Jakkolwiek zupełnie nie przekonuje mnie ona w roli kucharki, książka pewnie i tak sprzeda się oszałamiająco, bo wszyscy będą chcieli jeść to co ona, i tak samo wyglądać. Tymczasem polecam Wam jej rewelacyjny występ w Saturday Night Live z 16.01. Serio, nie myślałam, że jest tak dobrą aktorką...

Przygotowania do Wielkanocy w nowym mieszkaniu idą jak krew z nosa. Lista zakupów się wydłuża, ale żadna pozycja z niej nie ubywa. Jedyne co mam w lodówce to krem chrzanowy, który w zasadzie używam cały rok do wędlin czy nawet jajek na twardo. Lekko słodki, kremowy, szczypiący w język.
Może wyda wam się to dziwne, ale z kremem chrzanowym można zrobić świetne bułeczki, na wypadek gdyby zostało go wam go trochę po świętach, polecam takie bagietki. Niepotrzebny zaczyn, robi się je bardzo szybko, zawsze się udają.
To przepis Liski z Pracowni Wypieków:

Bułeczki z chrzanem




Składniki:
20 g świeżych drożdży
150 ml ciepłej wody
1 łyżeczka cukru

350 g mąki pszennej
60 g miękkiego białego sera, użyłam serka twarogowego
40 g miękkiego masła
3 łyżki chrzanu (dałam więcej niż Liska)
1 łyżeczka soli
1 łyżka posiekanych ziół (użyłam suszonej bazylii, tymianku i czosnku niedźwiedziego)

Przygotowanie:
Drożdże, cukier i kilka łyżek wody mieszamy razem i odstawiamy w ciepłe miejsce aż ruszą. Potrwa to jakieś 15-20 minut. Gdy zaczyn będzie gotowy, dodajemy resztę wody, mąkę, twaróg i powoli resztę składników.
ugniatamy dłońmi aż masa będzie jednolita i zwarta. Ciasto formujemy w kulę, kładziemy w miskę i owijamy ręcznikiem - odkładamy do wyrośnięcia na 1,5 godziny.

Potem dzielimy ciasto na 4 części, jeśli chcemy mieć bagietki. Każdą część rozbijamy na dwie i wałkujemy aż zrobią się z nich rulony, które zaplatamy na przemian. Jeszcze raz przykrywamy bułki do wyrośnięcia na ok. 30 minut.

Blachę wykładamy papierem, posypujemy mąką i układamy bułki. Zwilżamy je delikatnie wodą by się ładnie przyrumieniły.
Wstawiamy na 20 minut do pieca o temp 200 stopni.

A potem jemy same, albo z sałatką śledziową, albo z wędliną. Z czym chcecie.
Pieczywo utrzymuje świeżość 2 dni, choć i potem jest zjadliwe.

niedziela, 13 lutego 2011

Granatowa sałatka


Przeczytałam ostatnio w Elle artykuł podróżniczy o Stambule i jakoś tak mnie naszło na wspomnienia z wakacji. Szczególnie, że złe wrażenia zatarły się i teraz oddałabym dużo za Wielki Bazar i zatłoczone uliczki Sultanahmet.

Zanurzam się więc w te klimaty, korzystając z miesiąca kuchni arabskiej. Nie wiem czy widzieliście ostatnio film "Soul kitchen" Fatiha AKina? To turecki emigrant, który całe swoje dorosłe życie spędził w Niemczech ale w swojej twórczości stale przerabia tematy emigracji, multikulturowego społeczeństwa i odmienności (wielorakiego rodzaju). Film nie mówi nic o kuchni tureckiej co prawda, choć dla jedzenie Turków stanowi jeden z najważniejszych aspektów życia. Chyba poza religią, najważniejszy. Pokazuje jednak jak fajne miejsce na ziemi można sobie stworzyć, gdy ma się pasję i pomysł na siebie. Tylko pozazdrościć, bo niektórym szukanie czegoś takiego zajmuje całe życie i wcale nie znajdują...

A dzisiejsza sałatka jest częstym gościem w tureckich i marokańskich domach, choć ja tam na miejscu takiej nie jadłam. Za to cudownie wspominam, wszechobecność granatów na każdym kroku. Uliczni sprzedawcy wyciskają z nich kwaśno-słodki sok a małe sklepiki sprzedają kosmetyki z dodatkiem soku z granatów czy gęste, ciemne sosy do potraw.

"Granat uprawiano już 5 tysięcy lat p.n.e. W starożytnej Grecji i Egipcie roślinę tę czczono jako świętą, a starożytna medycyna Chin uznawała sok z granatu za "skoncentrowane życie" i symbol długowieczności. Z powodu dużej ilości nasion granat stał się symbolem płodności i siły rozrodu roślin.

Owoc granatu zawiera dużo witaminy C, niacyny, potasu, błonnika, kwasy organiczne oraz białko. To zdrowy, naturalny napój miłosny. Sok z granatów zwalcza skutecznie choroby serca i układu krążenia, obniża ciśnienie krwi, łagodzi stany zapalne szczególnie w artretyzmie, a także przeciwdziała procesom starzenia i powstawaniu nowotworów. Potwierdzono naukowo skuteczność działania soku z granatu przeciwko wolnym rodnikom, procesom zapalnym, a także chorobom serca i układu krążenia o podłożu miażdżycowym. Sok z granatu zawiera trzy razy więcej przeciwutleniaczy niż ta sama ilość zielonej herbaty czy czerwonego wina."*


Sałatka z granatów i bulguru.




Składniki:
Szklanka bulguru
1 granat, obrany i wyłuskany
3-4 łodygi selera naciowego, razem z liśćmi
garść orzechów włoskich i 1/2 garści nerkowców
posiekana natka pietruszki i mięta
sok z połówki cytryny
sok z połówki granatu
3 łyżki oliwy z oliwek
pół ząbka czosnku utartego ze szczyptą soli

Przygotowanie:
Gotujemy bulgur w niewielkiej ilości wody, studzimy. Dodajemy pestki granatu i pokrojony w plasterki seler naciowy. Posypujemy pokruszonymi orzechami i siekanymi ziołami.
Sos: oliwa, soki i starty czosnek mieszamy razem i polewamy sałatkę.
Polecam jeść ją świeżą, bo wtedy pięknie pachnie. Potem zioła zmiękną i zrobi się mniej krucha, ale dalej będzie smaczna. Seler chrupie w zębach, a świeży zmiażdżony czosnek przełamuje słodycz granatu.

Przepis pochodzi z TEJ strony. Dodaję go do akcji do akcji Panny Malwinny, do Festiwalu kuchni arabskiej


.

*Informacje o owocu granatu wzięłam ze strony: www.mamzdrowie.pl

niedziela, 16 stycznia 2011

Za Włochy!



I minął rok. Pamiętam jak robiłam pizzę na poprzedni Międzynarodowy Dzień Kuchni Włoskiej (wypada jutro, 17 stycznia), i wydaje mi się, że to było wczoraj.

Kuchnia włoska jest o tyle fajna, że zawsze każdemu przypasuje. Nie znam nikogo, kto by nie lubił pizzy, pasty czy risotta. A już szczególnie dobrze pizza wchodzi w tzw. 'dzień po'. Wśród moich znajomych zaczynają się powoli obchody 30. urodzin i są to zwykle imprezy traumatyczne, pełne niewesołych konstatacji i jeszcze gorszych przewidywań na przyszłość. Dochodzenie po tych nocach do siebie niestety nie jest tak szybkie jak jeszcze 10 lat temu, i to także temat niewesoły.
Najlepiej więc te smutki zajeść. A skoro mamy okazję, to wsuwamy focaccię.

Ta pochodzi z przepisu Jamiego Olivera, pięknie wyrasta, można ją sobie odgrzewać następnego dnia i nic na tym nie traci (tylko podgrzewając lepiej ją skropić wodą).

Focaccia wg. Jamiego



Składniki:
400 gr białej mąki chlebowej (użyłam typu 750)
100 gr semoliny
2 łyżki suszonych ziół, bazylia, tymianek, oregano, rozmaryn
1 saszetka suszonych drożdży
1/2 łyżki cukru trzcinowego
1/2 łyżeczki soli
200 ml letniej wody
oliwa z oliwek 'na oko'
opakowanie pomidorków koktajlowych
pół słoika suszonych pomidorów
kulka mozzarelli
pół opakowania fety
garść startego jeszcze jednego gatunku sera, ja miałam goudę, ale może być ser pleśniowy, parmezan, czy jaki lubicie

Przygotowanie:
Do miski wsypujemy obie mąki, sól, zioła i mieszamy. Rozpuszczamy w wodzie cukier i drożdże i odstawiamy na kaloryfer na jakieś 15 minut, aż drożdże ruszą. Robimy w mące dołek. Powoli wlewamy rozczyn, delikatnie już mieszając. Potem mieszamy dokładnie i wyrabiamy ciasto przez ok. 5 minut aż będzie elastyczne. Następnie smarujemy miskę oliwą, kładziemy do niej ciasto, przykrywamy i odstawiamy na ok. godzinę aż wyrośnie. Powinno się powiększyć 2-krotnie. Gdy wyrośnie, odgazowujemy je, uderzając w nie pięściami.

Następnie dużą blachę przykrywamy papierem do pieczenia i kładziemy na nią ciasto, rozciągając je dłońmi w dowolny kształt - moje pokryło prawie całą blachę. Palcami powgniatałam je w różnych miejscach, żeby powkładać w nie potem pomidorki koktajlowe. Rwiemy mozzarellę na kawałki, łamiemy fetę, ścieramy trzeci ser, kroimy pomidory suszone i układamy wszystko na cieście. Posypujemy ziołami, świeżymi jeśli mamy i skrapiamy oliwą. Odstawiamy na jeszcze 20 minut w ciepłe miejsce do ponownego wyrośnięcia.

Wstawiamy do nagrzanego do 220 stopni piekarnika i pieczemy jakieś 20-25 minut. Wierzch powinien się zrumienić a wnętrze będzie wysokie i mięciutkie.


Źródło: Kuchnia

piątek, 31 grudnia 2010

Żadnych postanowień



Żeby było jasne - nie znoszę Sylwestra, całej tej przymusowej zabawy i niepotrzebnej pompy. Koniec czy początek Nowego Roku to dla mnie żadna specjalna data, staram się zwykle doczekać do północy i sobie potem odpuszczam.
Podobnie z noworocznymi postanowieniami, nie wiem czemu akurat teraz mielibyśmy sobie coś przyrzekać, trochę mnie to bawi.

Jakiś czas temu tak bez okazji postanowiłam sobie kupować jedzenie prawdziwe. Unikać jak ognia wszelkich instantów, konserwantów, kupowania jajek, mięsa i owoców niewiadomego pochodzenia. Idealnie w te założenia wpisała się książka, która wpadła mi niedługo potem w ręce. Mało u nas znana, za Oceanem zrobiła furorę. Michael Pollan, dziennikarz NY Timesa, zajmujący się tematyką żywienia, napisał książkę "W obronie jedzenia", która czarno na białym pokazuje nam, że zmierzamy do samozagłady. Coraz mniej mamy wpływ na to co jemy, nie znamy połowy składowych produktów, które pochłaniamy - bo kto wie, co znaczą wszystkie E i inne cuda wkładane przykładowo w chipsy? Jeszcze pół biedy, gdy jest to pożywienie, które w oczywisty sposób nie jest naturalne - znowu posłużę się przykładem chipsów - ale co zrobić, gdy mięso, warzywa i owoce zawierają związki chemiczne na dłuższą metę niekorzystne dla naszego zdrowia?



Pollan pisze, że dietetyzm jest wielką chorobą XXI wieku. Odkąd w USA zastosowano zasady współczesnej dietetyki, społeczeństwo przytyło! Bo o wiele łatwiej umieścić na opakowaniu chrupek oznaczenie - dietetyczne, 'zalecane przez ministerstwo zdrowia', niż w ten sam sposób reklamować marchewkę... A pokolenie właśnie narodzonych dzieci będzie pierwszym w historii ludzkości, które może nie przeżyć wiekiem swoich rodziców, bo długość życia człowieka niestety będzie się skracała.

Książka jest niezwykle pesymistyczna w wymowie, ale daje też zdrowe otrzeźwienie. Co możemy zrobić? Po pierwsze, Pollan radzi nie kupować niczego, czego nasza babcia bałaby się tknąć. Ona pewnie nawet nie wiedziałaby czym jest większość dziwnych rzeczy typu 'cukierki z tubki'.
Opierać swój jadłospis na produktach podstawowych i ich kombinacjach. Nie kupować chleba, warzyw, owoców, mięsa, jajek w marketach, pofatygować się na rynek, do chłopa, który sam to wszystko wyhodował albo chociaż przywiózł ze skupu rolniczego. I jeszcze jedno - unikać wszystkiego co dietetyczne, odchudzone i opatrzone zapewnieniem o wyjątkowych właściwościach zdrowotnych...

Nie przygotowuję w tym roku nic na Sylwestra, idę 'na gotowe'. Ale może komuś ten przepis się przyda, to fajna i prosta przystawka.

Mozzarellki z groszkiem



Składniki:
1 paczka małych mozzarelli
pół paczki mrożonego zielonego groszku
pęczek brokułów
10 dag tartego parmezanu lub innego twardego sera
2 łyżki masła
1 jajko
2 gałązki natki pietruszki
gałązka bazylii
gałązka mięty
bułka tarta
olej do smażenia
sól, pieprz

Przygotowanie:
Brokuły i groszek ugotować najlepiej na parze. W salaterce roztrzepać jajko, wymieszać z parmezanem i posiekanymi ziołami. Doprawić solą i pieprzem. Mozzarellki maczać w masie jajeczno-serowej, obtaczać w bułce i smażyć na złoto w głębokiej patelni. Wyjmować łyżką cedzakową i osączać na papierowym ręczniku. Podawać z gorącym groszkiem i brokułami polanymi stopionym masłem.
Można podawać jako przystawkę także na zimno.

środa, 6 października 2010

Indyjska bomba z przyprawami




W Łodzi splajtowała niedawno kolejna restauracja hinduska, o której kiedyś tu pisałam. Niepostrzeżenie zniknęła z horyzontu, zostawiając po sobie całkiem miłe wspomnienie. Szkoda. Zastanawia mnie tylko dlaczego kuchnia indyjska jest tak mało popularna u nas. Czy irytuje nas ilość przypraw, ich nasycenie, czy może fakt, że na tradycyjny indyjski posiłek składa się wiele dań a nie jedno solidne, jak u nas? A może niechętnie używamy palców do jedzenia?
Pewnie wpływ ma na po trosze każda z tych rzeczy, a najbardziej fakt, że nie znamy jej tak dobrze jak kuchni meksykańskiej, włoskiej czy chińskiej. Czyli widocznie potrzeba jeszcze trochę wody w młynie i wszystko będzie dobrze.
Ja tam uwielbiam indyjskie smaki, baraninę, curry i mango lussi. I choć kiedyś nie lubiłam ostrych przypraw, teraz coraz bardziej ciesze się na porządne pieczenie w żołądku.
Mam sporo indyjskich przepisów, 1 książkę, kilka rozdziałów w innych zbiorówkach jak "Kuchnie świata", ale marzy mi się ostatnio kupno rewelacyjnej pozycji Gordona Ramsaya (tu można kupić), "Great Escape". Tylko lista książek długa i rośnie, a stale coś wskakuje przed nią. Będzie jeszcze musiała chwilę poczekać.
Ucieszyłam się na akcję z kuchnią indyjską, może uda mi się dodać ze 2-3 rzeczy. Może jakieś nowe inspiracje dojdą. Akcję organizuje Ko ko ko, zapraszam do niej.



Na początek przepis, który zaczerpnęłam z programu "Sobota w kuchni", i trochę zmodyfikowałam. W końcu jedną z zasad tej kuchni jest eksperymentowanie a nie trzymanie się sztywno podanych składników i proporcji.

Ziemniaki po bombajsku




Składniki:
ok. 1 kilograma ziemniaków, najlepiej irg, powinny być zwarte, o miąższu nierozsypującym się
2-3 pomidory, obrane ze skórki
1 łyżeczka nasion gorczycy białej
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka garam masala
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka kuminu
1/2 łyżeczki płatków chili lub 1/2 papryczki chili
1/2 łyżeczki ziaren kozieradki, które ucieram w moździerzu
1/2 łyżeczki szafranu indyjskiego
1 łyżka startego świeżego imbiru
szczypta soli
kilka łyżek oleju
szklanka bulionu warzywnego
garść świeżej kolendry

Przygotowanie:
Pomidory pokroić w kostkę, nie odlewać soku. Ziemniaki obrać i pokroić w kostkę. Naszykować sobie wcześniej talerz z odmierzonymi przyprawami.
Najlepiej danie to robić w woku. Rozgrzewamy olej i wrzucamy wszystkie przyprawy, energicznie mieszając drewnianą łyżką aby się nie przypaliły. Wrzucamy ziemniaki i dokładnie mieszamy aby pokryły się przyprawami. Wlewamy połowę bulionu i doprowadzamy do wrzenia. Ja lubię ziemniaki półtwarde, więc gotuję je jakieś 8 minut. Po 5 minutach wrzucam pomidory i dolewam bulionu. Na koniec wrzucam świeżą posiekaną kolendrę i wyłączam gaz. Po wierzchu też posypuję ziołami.
Danie podaję zawsze z kefirem lub osolonym jogurtem. Pali, więc takie domowej roboty lussi nadaje się rewelacyjnie.

sobota, 4 września 2010

Po wycieczce na targ


W końcu jakaś odmiana! Zaczynałam się już zastanawiać czy powinnam zarządzić u siebie sezonową zmianę obuwia (a u mnie to poważne pół dnia spędzone na myciu, znoszeniu i wnoszeniu pudeł z piwnicy, nie jakieś tam hop siup). Trochę słońca z rana i już jestem gotowa uwierzyć, że zima nie pojawi się w przyszłym tygodniu.

Sobotnie przedpołudnie - wycieczka na Plac Barlickiego, niegdyś legendarne miejsce handlu, wszelkich podejrzanych gesheftów i innych interesów wagi muszej. Dziś po dawnym handlowisku nie ma prawie śladu, zastąpiła je nowoczesna hala z alejkami, wc i klimatyzacją. Rozumiem, że kupcom wygodniej, kupującym pewnie też, ale klimat już nie ten. Co prawda gdzieś z boku stał, jakby z powojnia przeniesiony, zespół zawianych panów ubranych mocno retro, grający na harmoszce i akordeonie "Siekiera, motyka...", ale pasowali tam jak pięść do nosa niestety. Szkoda, że takie dawne targowiska umierają. Wiadomo, że postępowi nie da się oprzeć, tym bardziej w centrum miasta, ale jednak jakoś żal. Bo to jednak nie to samo, że się tak powtórzę...

Nie wybrałam się na zakupy specjalnie, miałam pewien interes w okolicy, ale skoro już mnie tam los zarzucił, postanowiłam poszukać baraniny, którą podobno można na 'barlickim' kupić. O takich dziwach nikt tu nie słyszał, miałam wrażenie, że równie dobrze mogłam się pytać o szynkę serrano - reakcja byłaby ta sama.
Udało mi się za to upolować za bezcen koszyk kurek i dopaść sprzedawcę, który miał mnóstwo różnych odmian pomidorów. Nabrałam po jednym z kilku rodzajów i miałam pomysł na szybki obiad.

PS: Kupiłam też ciastka, które nazywają się 'brzydkie, ale dobre', święta racja, jak się okazało;-)


Sałatka obiadowa z pomidorami w oliwie




Składniki:
po jednym pomidorze:
gałązkowy, polny, żółty, malinowy, San Marzano (to te o wyglądzie papryki)
feta z czosnkiem i oliwkami w ziołach i oliwie (Apetina)
pieczone bakłażany w oliwie
200 gr makaronu rurki tri colore
sól, pieprz, tymianek suszony
świeży tymianek i bazylia
kropla octy balsamico

Przygotowanie:
Makaron gotujemy al dente, studzimy. Pomidory (nie sparzać, nie obierać ze skóry) kroimy w duże kawałki, wrzucamy do miski z makaronem. Kroimy odsączone bakłażany na kawałki i wrzucamy do makaronu. Dodajemy fetę, czosnek i oliwki, polewamy wszystko zalewą oliwną - jest aromatyzowana, z ziołami, szkoda ją wyrzucać (podobnie zawsze zostawiam oliwę po pomidorach suszonych i bakłażanach - dodaje smaku).
Przyprawiamy, lekko skrapiamy octem balsamicznym, posypujemy świeżymi ziołami. Dajemy smakom chwilę na przegryzienie i gotowe.

Nie ma chyba nic prostszego, a fantastyczne jest smakowanie w ten sposób pomidorów, z których każdy ma swój charakterystyczny smak, o czym normalnie się zapomina. Wtedy można je czuć w pełni i pożegnać się powoli z latem.

środa, 1 września 2010

Appolinaire zawiązał już śliniak...


"Zdaje się, że pochłaniając plaster szynki, zapytał, czy lubię poezję...", tak słynnego poetę opisuje Madeleine Page, jego przedwojenna miłość, wspominając ich pierwsze spotkanie...
W ostatnim Bluszczu znajdziecie strasznie ciekawy tekst o kulinarnych fascynacjach francuskiego poety. Minęły już czasy, gdy zaczytywałam się francuską poezją, ale tego o Appolinairze nie wiedziałam.
Był z znany z tego, że poezja nie była jego jedyną miłością - gdy tylko udawało mu się zarobić parę marnych franków, wyciągał Picassa na 'prawdziwe' spaghetti czy ravioli, albo biegł do żydowskiej dzielnicy na pachnący czulent. Przyjaciele wspominają go jako kogoś, kto po wyjściu z cukierni niemal rozrywał papier na paczkach, nie mogąc doczekać się słodkiej zawartości. Podobno w jego pokoju, nie wolno był po bałaganić i pluć na podłogę, ale przede wszystkim nie wolno było zjeść czegoś, czym gospodarz sam nie poczęstował. Jeśli ktoś się ważył, jego pierwotna natura dopiero wtedy dawała o sobie znać!
Appolinaire czytywał do poduszki książki kulinarne i był świetnym kucharzem. Ciekawe, że łączył w sobie wysublimowany smak i maniery z pewną prymitywną żarłocznością, która często brała górę nad etykietą. Najbardziej cenił sobie kuchnię włoską, potem francuską, polską, rosyjską i żydowską. Nie znosił za to angielskich szarych sosów i pieczeni.

Wiedział co mówi, więc jemu w hołdzie podaję kurzą nogę w marynacie włoskiej na warzywach w oliwie z oliwek. Już widzę jak ją porywa, z wielkim mlaśnięciem zatapia zęby, rozrywa ścięgna i ciućka kruche kostki! I chlapie na boki, zrzuca z talerza, popija swoim ulubionym złotym winem z Jerozolimy i wcale nie dyskretnie wyciera gębę skrawkiem wykrochmalonego obrusu!

Kurczak pieczony z warzywami



Składniki:
2 nogi kurze
papryka żółta i czerwona
cukinia
cebula biała i czerwona
4 ząbki czosnku
kilka ziemniaków
kilka łyżek oliwy z oliwek
sól, świeżo zmielony pieprz
marynata:
2 łyżki oliwy
łyżka sosu sojowego
kilka kropel soku z cytryny
tymianek, zioła prowansalskie
sól i pieprz

Przygotowanie:
Do torebki wrzucamy nogi i wszystkie składniki marynaty. Ugniatamy żeby nogi dobrze pokryły się sosem. Zostawiamy na noc w lodówce.
W naczyniu do zapiekania układamy pokrojone w ćwiartki ziemniaki, pokrojone w kawałki cukinie i papryki. Czosnek obrany wrzucamy w całości, cebule kroimy w ćwiartki. Polewamy oliwą i doprawiamy, mieszamy delikatnie. Na wierzch wykładamy mięso, wylewamy na danie całą marynatę.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy ok. 1,5 godziny z włączoną górną grzałką żeby warzywa i mięso się przypiekały. W połowie przewracamy mięso na druga stronę i wzruszamy warzywa, żeby równomiernie się podpiekły.
Najpierw pieczemy w jakichś 160 stopniach, potem, pod koniec, można zwiększyć temperaturę do 180 dla bardziej chrupiącej skorupki.



Sos, który pozostanie potem po pieczeniu warto jeszcze do czegoś wykorzystać, np. do polania ziemniaków czy smażenia czegoś, bo jest niesamowicie aromatyczny.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Arabski czy żydowski?




Widziałam niedawno nowy odcinek "Hung", serialu, w którym nieudacznik, trener wf-u na amerykańskiej prowincji, zostaje męską prostytutką. Jego sąsiadka, Żydówka, zostawia mu w lodówce hummus. Inna kochanka, pochodząca z Libanu, natychmiast wyczuwa konkurencję i zaczyna się trwająca cały odcinek zabawna wojna o to, czy hummus to potrawa libańska czy żydowska? I wiadomo oczywiście, że tak naprawdę nie chodzi wcale o biedną pastę z ciecierzycy...
'Poor Ray', nie potrafił stanąć po żadnej ze stron.

Ja nie wiem czym się różni jeden hummus od drugiego, mój przepis jest arabski. Uwielbiam go podjadać na filmie z macą albo tzw. Granexem, z rzadka podejmuję wysiłek i lepię sobie do niego indyjskie chlebki chapati.
Spokojnie można pastę trzymać w folii przez 4-5 dni, kłaść na kanapki z chlebem albo na bagietki z grillowanym bakłażanem.

Hummus



Hummus
Składniki:
200 gr ciecierzycy
2-3 ząbki czosnku
1/2 cytryny
2-3 łyżki tahini
2-3 łyżki dobrej oliwy
przyprawa piri-piri albo słodka papryka i chili w proszku
świeża mięta i natka pietruszki

Przygotowanie:
Ciecierzycę moczę całą wcześniejszą noc a potem gotuję w lekko osolonej wodzie jakieś 30 minut, aż będzie miękka. Proponuję odlać trochę wody z gotowania.
Miksujemy z odrobiną wody, pastą tahini (sezamowa oleista pasta, ja kupują ją na wagę w wiadereczku w sklepie z przyprawami), wyciśniętym czosnkiem, oliwą i wyciśniętym sokiem z cytryny. Jeśli konsystencja jest za gęsta, można dolać wody z gotowania.
Siekamy miętę i pietruszkę i mieszamy z pastą. Na wierzchu dla dekoracji posypujemy przyprawami i polewamy kilkoma kroplami oliwy.



Chapati
Składniki:
40 dag mąki pszennej
szklanka ciepłej przegotowanej wody
2 łyżki oliwy
szczypta soli

Przygotowanie:
Mąkę należy przesiać na blat przez sitko i wymieszać z solą. Dodać oliwę i połowę wody, zagniatać dolewając powoli wodę, żeby powstało gładkie, oleiste ciasto. Następnie należy je przykryć ściereczką i odstawić na godzinę. Potem dzielimy je na 8 kawałków, lepimy kulki i formujemy okrągłe placki o średnicy ok. 10 cm.
Smarujemy placki oliwą z obu stron i smażymy na rozgrzanej patelni. Można je w trakcie smażenia posypać czosnkiem granulowanym. Najlepsze są na ciepło, ale można je też potem odgrzać. Chlebki rwiemy palcami, w tym cała frajda, i nabieramy na nie hummus. Bardzo namacalna przyjemność z jedzenia;-)

wtorek, 17 sierpnia 2010

Wprawiam się w klimat



Kiedy już wszyscy dawno zapomną, że były wakacje, ja dopiero wezmę swój urlop. Kierunek - Turcja. Po zeszłorocznym wyjeździe, jestem pod totalnym urokiem tego kraju, jego krajobrazu, jedzenia i kultury. Turcja wydaje mi się pod pewnymi względami podobna do Polski, to też społeczeństwo które wciąż jest na dorobku, pełne kompleksów a jednocześnie o bogatej kulturze i historii.
Na obrzeżach Turcji wciąż jest bardzo konserwatywnie a islam wyznacza rytm dziennych obowiązków. Jednak w większych miastach odbywa się wielka liberalna rewolucja, młodzi Turcy walczą o swój sposób na życie i wolność obyczajową. Dość powiedzieć, że w Turcji jest legalna aborcja a w Polsce ciągle jeszcze nie...

Moje postrzeganie tureckich kobiet znacznie zmieniło się od zeszłego roku. Byłam wcześniej przekonana, że ich brak na ulicach, w sklepach czy w kawiarniach, jest wynikiem męskiej dominacji. Po kilku rozmowach okazało się jednak, że to kobiety wolą prowadzić taki tryb życia - nikt nie zmusza ich do siedzenia w domu, co więcej młodzi tureccy mężczyźni są już zmęczeni brakiem inicjatywy u tureckich kobiet. Podejrzewam, że poznałam tylko jedną stronę medalu i jest to zbyt duże uogólnienie, jednak coś w tym może być - szczególnie w mniejszych miastach.
Tezie tej przeczą jednak powieści Elif Safak, niedługo wyjdą w Polsce dwie kolejne, która portretuje nowoczesne mieszkanki Stambułu i pokazuje zupełnie inny obraz Turcji niż przykładowo, melancholijny i raczej mieszczański, Orhan Pamuk. Niedawno korespondowałam z Elif Safak i zaskoczyło mnie, gdy pisała, jak bardzo Turczynki są wyzwolone i łakome na życie. Mam zamiar przekonać się o tym osobiście, bo we wrześniu jedziemy z moimi przyjaciółkami na 10 dni do Stambułu. Podobno to miasto wszechświat, miasto-kobieta, jak twierdzi Elif Safak. Niezwykle różnorodne, na poły azjatyckie, na poły europejskie, gdzie obok dzielnic biedy można kupić torebki Louis Vuitton za kilkaset euro. W końcu to Stambuł jest w tym roku Europejską Stolicą Kultury, to tam co 2 lata odbywają się biennale sztuki nowoczesnej, to stąd pochodzi nowa fala młodych designerów i projektantów mody, którzy zaczynają torować sobie drogę w biznesie.

Już pisząc to wszystko wiercę się na fotelu jak szalona, nie mogąc doczekać się wyjazdu. Drugim, jeśli nie pierwszym, powodem, dla którego jadę do Stambułu, jest jedzenie naturalnie. W zeszłym roku wyjazd był totalnie pod kątem kulinarnym, jadłam mnóstwo wszystkiego co mi wpadło w rękę - co ciekawe próbowałam mało mięsa, bo bogactwo potraw wegetariańskich w kuchni tureckiej jest oszałamiające a przy 40 stopniach w cieniu, kebaby jakoś mniej mnie interesowały. Wiedziałam już wcześniej co nieco o tureckich specjałach, bo kiedyś zdarzyło mi się mieszkać kilka tygodni w tureckiej dzielnicy i nie dało się nie korzystać z lokalnych sklepików.
W każdym razie w tym roku, jak i w poprzednim, zamierzam jechać z wielką, niemal pusta walizką, i wypakować ją po brzegi jedzeniem. Na pewno przywiozę peynir, turecki ser (coś pomiędzy fetą a białym twarogiem), wielkie oleiste oliwki z pestkami, sucuk - czerwone tureckie kiełbaski, które są rewelacyjne w paellach czy w jajecznicy, świeżą baklavę, rachatłukum czyli lokum, chałwę, borek (podobne do ciasta francuskiego) i oczywiście przyprawy w wielkiej ilości. Planuję też jakoś w pojemnikach przywieźć okrę - bo widziałam ją w zeszłym roku na starganie, cukinię - ma tam trochę inny kształt, i świeże figi. Jednym słowem, zapowiada się kompletne szaleństwo! Nie będę tez sobie żałowała sobie raki, którą na miejscu należy pić w celach choćby leczniczych.

Od jakiegoś czasu próbuję sobie różnych potraw z bardzo fajnej niewielkiej książeczki o kuchni tureckiej. Od dawna kombinuję z Tabbouleh, którą w Turcji robi się bardzo często. W zasadzie jest to potrawa libańska, jednak rozprzestrzeniła się po świecie arabskim i występuje w różnych krajach, w różnych wariacjach. Baza to kasza bulgur lub kuskus, do tego zdecydowanie mięta i natka pietruszki. Wymiennie można dodawać pomidory, paprykę, ogórki zielone, oliwki czarne, cebulę, czosnek czy peynir. Taki obiad na zimno jest świetny w upały, bo mięta dopiero wtedy pokazuje swoje orzeźwiające właściwości.

Tabbouleh



Składniki:
szklanka kuskusu
szklanka bulionu warzywnego
2 pomidory
1 papryka czerwona
1 mały ogórek zielony
garstka czarnych oliwek
3 łyżki oliwy
1 łyżka soku z cytryny
sól, pieprz
świeża mięta i natka pietruszki

Przygotowanie:
Kaszę zalewamy bulionem, doprawiamy i czekamy kilka minut aż wchłonie płyn. Pomidory, paprykę i obranego ogórka kroimy w drobną kostkę - wrzucamy do gotowej kaszy. Do tego dodajemy oliwki. Z oliwy i soku z cytryny przygotowujemy sos, którym zalewamy całość. Dodajemy posiekane zioła i chłodzimy w lodówce.
Prosta sprawa.

Na zdjęciu poniżej przepyszny miód z orzeszkami (pistacje, orzechy ziemne i włoskie), który można kupić niemal na każdym rogu w Turcji. Miał mi posłużyć do zrobienia kiedyś baklavy ale w tajemniczy sposób zniknął ze słoiczka... może kot go zjadł?

czwartek, 22 lipca 2010

Krabowe paluszki i szparagi



Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o jedzenie, w moim przypadku przynajmniej... Snucie się po domu, zaglądanie w różne kąty, niepokój w żołądku, zakończył się obiadową sałatką.
Na więcej nie mam siły, ani chęci.

Teraz rozpoczynam akcję reanimację, duchota czy nie, trzeba iść na fitness, karnet wykupiony i nie ma już dla mnie ratunku. Brzmi jak senny koszmar lwa kanapowego, 'spalanie tłuszczu', ale nie jest wcale tak źle. A wychodzi się stamtąd z niesamowitą adrenaliną, i miejscem na nową porcję sałatki, niestety...

Sałatka krabowa ze szparagami




Składniki:
mieszanka sałat, koniecznie z radicchio
puszka tuńczyka w kawałkach w sosie własnym
paczka paluszków krabowych
słoik szparagów w zalewie
2 jaja na twardo
sok z cytryny
3 łyżki jogurtu naturalnego
2 łyżki majonezu
2 łyżki startego parmezanu
2 gałązki tymianku, trochę tymianku suszonego
sól, pieprz

Przygotowanie:
Do miski wrzucamy sałaty, odsączone kawałki tuńczyka, pokrojone w kawałki szparagi i paluszki krabowe, pokrojone w duże kawałki jaja, delikatnie mieszamy.
Przygotowujemy sos: mieszamy jogurt z majonezem, serem, tymiankiem i doprawiamy - sos musi być aksamitny, ser powinien się 'rozejść'.
I polewamy sałatkę po wierzchu, już na talerzach. Z chrupiącą bagietką, koniecznie.

Przepis z książeczki "Sałatki. 108 przepisów". W oryginale był wędzony pstrąg zamiast tuńczyka.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Dla odnowy



Miałam wyjątkowo zajęty weekend, działo się tyle, że fizycznie trudno było dać radę. W końcu niespanie trzech nocy z rzędu rozłożyło mnie dziś kompletnie na łopatki - oby do piątku. Nie za dużo miałam w lodówce, cukinia była jednak jak zawsze. Zrobiłam więc szybką potrawę, którą w zeszłym roku pokazała mi Emilia (dzięki kochana!). Zdjęcia zrobiłam już wcześniej, jeszcze starym aparatem.
Trzymałam ten przepis bo miałam zamiar robić cukiniową akcję, ale widzę, że chyba do tego nie dojdzie w tym życiu, więc trudno, zamieszczam.

Cukinia z pęczakiem



Składniki:
2 małe, wąskie cukinie
szklanka kaszy pęczak
3 ząbki czosnku
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
1 łyżeczka suszonego tymianku, majeranku i cząbru (dodałam trochę więcej ziół niż Emilia)
kilka gałązek świeżego tymianku
sól, świeżo zmielony pieprz

Przygotowanie:
Gotujemy pęczak według przepisu. Cukinię w skórce kroimy w paski lub plasterki grubości ok. 2 mm. Drobno kroimy czosnek i podsmażamy na oleju, wrzucamy po chwili cukinię i smażymy. Wsypujemy suszone zioła i gałkę. Dolewamy trochę wody i dusimy cukinię do miękkości, pod koniec wrzucamy świeży tymianek. Dodajemy ugotowaną wcześniej kaszę. Wymieszać i podawać.
Takie to proste!

piątek, 16 lipca 2010

Kawior z bakłażana



Pierwsze miejsce wśród warzyw to bakłażan, który przetwarzam teraz na wszelkie możliwe sposoby. Uporczywie szukam po straganach jego białej odmiany, o której najwyraźniej nikt z tutejszych handlarzy na uszy nie słyszał, pewnie więc nie spróbuję jak smakuje i czym się różni od zwykłego. W ogóle na łódzkich targowiskach jakoś słabo z nowościami, ani kwiatów cukinii, ani świeżego groszku. A jak kiedyś pytałam o topinambur czy choćby czarną rzepę, to patrzono na mnie jak na kogoś niespełna rozumu. "Fanaberie jakieś panna ma..."
Pozostaje mi więc te jakże 'egzotyczne' warzywa oglądać na cudzych blogach, i zadowalać się zwykłym oberżynowym bakłażanem.

Kawior z bakłażanów



Składniki:
1 bakłażan
1 mała posiekana cebula
1 duży pomidor
1 ząbek czosnku
1 łyżka soku z cytryny
natka pietruszki i mięta
1 łyżka oliwy z oliwek
sól, pieprz

Przygotowanie:
Pomidora sparzamy, kroimy w kostkę i odsączamy z soku. Bakłażana grillujemy w piecyku przez 10 minut w 150 stopniach. Studzimy, przekrawamy i łyżka wyjmujemy miąższ - drobno kroimy. Dodajemy do niego pomidora, posiekaną cebulkę, wyciskamy ząbek czosnku i zalewamy sosem z oliwy, soku cytrynowego, soli , pieprzu. Posypujemy ziołami lubi mieszamy je z pastą. Idealnie nadaje się do pogryzania z krakersami, do chlebków indyjskich czy chrupkiego pieczywa. Najlepiej smakuje schłodzone, ale nie można pasty trzymać długo w lodówce bo i tak ciemnieje, mimo soku z cytryny.

Przepis pochodzi z magazynu Kuchnia, ale zmieniłam ilość składników, i zamiast miksować, pokroiłam drobno.

środa, 14 lipca 2010

Cukinia króluje i nowy Bourdain



W końcu! Doczekałam się nowej książki Anthony'ego Bourdaina, do którego z miłości już się tu, zdaje się, zwierzałam. Wciąż zamierzam wyjść za niego za mąż i towarzyszyć mu w podróżach kulinarnych po całym świecie. Skoro zrobił już 150 odcinków "No reservations", to jeszcze mu chyba trochę miejsc zostało do odwiedzenia?

Książka nazywa się "Medium Raw: A Bloody Valentine to the World of Food and the People Who Cook" i podobno jest pełna tej uroczej nonszalancji, jaka cechuje Anthony'ego. Mało kto wie, że oprócz gotowania, całkiem utalentowany z niego pisarz, który para się nie tylko literaturą kulinarną. W Polsce nie trzeba o tym wiedzieć, bo wyszła tylko jego książka "Kill Grill", i niestety z tego co wiem, do reszty przedruków nikt się na razie nie kwapi. Sprawdzałam na eBayu czy Amazonie i wydatek na nową pozycję Bourdaina to jakieś minimum 90 zł - kupię sobie jak zasłużę...

Zachwyca mnie jego sposób na życie, kompletny brak spinki; facet płynie na fali i żyje bez żadnych trosk. Gotował, pisał, teraz robi programy kulinarne, a jak nie, to sobie jeździ po Stanach i za ciężkie pieniądze opowiada ludziom anegdoty, a wszyscy wpatrzeni w niego jak w obrazek. Bo Bourdain to taki współczesny nonkonformista, bad-boy, któremu wszystko przychodzi łatwo. A na dodatek swoim sukcesem gardzi i potrafi go ładnie obśmiać. I nie sili się na Francję-elegancję w swoich programach. A to zaklnie, a to złośliwie zażartuje, zapali papierosa i wypije parę kieliszków za dużo. Gość, jakiego chętnie zaprosiłoby się na imprezę i nie miało wstydu, że nie podało się ślimaków.
Co prawda ja mojej tortilli akurat bym mu nie podała, ale jestem pewna, że jakby co, nie obraziłby się...


Tortilla ziemniaczana z cukinią




Składniki:
3 duże jaja
2 małe i cienkie cukinie
3 ziemniaki
cebula
2 ząbki czosnku
harissa
świeży tymianek
oregano, tymianek suszony
sól, pieprz

Przygotowanie:
Czosnek wyciskamy, cebulę kroimy w piórka. Ziemniaki obrane kroimy w kostkę a cukinię nieobraną w kostkę, czy jak nam będzie wygodnie. Na oliwie podsmażamy na małej patelce czosnek z cebulą, potem dodajemy ziemniaki i cukinię i smażymy kilka minut aż zmiękną.
W międzyczasie bełtamy jajka z harissą i przyprawami, dodajemy tymianek. Zalewamy nimi smażonkę na patelni, starając się uformować płaski wierzch. Potrwa kilka minut zanim jaja się zetną i będzie można zgrabnie przerzucić tortillę z patelni na talerz a potem zsunąć go drugą stroną z powrotem na patelnię, by spód się dopiekł. Gdybym miała całą metalową patelkę, to wstawiłabym ją do piekarnika, ale niestety, takie zdobyć dziś niełatwo.
Gotową tortillę można jeszcze posmarować harissą - miałam ochotę na ostre i posypać świeżym tymiankiem.
Wiadomo, jest wielkie pole do popisu, można tortillę robić z papryką, pomidorami suszonymi, oliwkami, boczkiem, kiełbasą i co komu przyjdzie do głowy - zawsze smakuje dobrze.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Mięci mi się w głowie



Pamiętacie taki dawny film Carlosa Saury, "Mrożony Peppermint"? Strasznie mi się zawsze ten tytuł podobał, jak i zresztą lekko perwersyjna historia, jaka się za nim kryje. Teraz takie igraszki mi kompletnie nie w głowie, wczorajsza niedziela zamieniła się dla mnie w piątek, i w efekcie jestem dziś kompletnie niewyspana.
Od samego rana sączę miętę, w kefirze zmiksowanym z zielonym ogórkiem, w zielonej herbacie, w sałatce.
I oczywiście w bardzo zimnym koktajlu na bazie toniku, w wersji alkoholowej i bez...

Koktajl miętowy



Składniki:
kieliszek wódki
1/2 kieliszka syropu miętowego
woda sodowa do uzupełnienia
2 kostki lodu
plaster limonki
gałązka mięty

Przygotowanie:
Do szklanki wlewamy najpierw wódkę, potem syrop miętowy i 2 kostki lodu - mieszamy. Uzupełniamy wodą sodową i ponownie mieszamy. Dodajemy plaster limonki i dekorujemy małą gałązką mięty.

Miętowy tonik

Składniki:
1/2 kieliszka syropu miętowego
1/2 kieliszka soku cytrynowego
tonik do uzupełnienia
mięta do kielicha

Przygotowanie:
Do szklanki wlać syrop miętowy, sok cytrynowy i wrzucić 2 lub 3 kostki lodu - wymieszać. Uzupełnić tonikiem i jeszcze raz wymieszać. Udekorować małą gałązką mięty. Można ją też rozgnieść łyżeczką, wtedy smak będzie jeszcze bardziej miętowy.

niedziela, 11 lipca 2010

Przepis na przetrwanie?



Poszukuję pilnie przepisu na przetrwanie w tych temperaturach, na ogarnięcie się i wzięcie się do pracy.
Ma ktoś może jakiś sposób na to? Nie narzekam, wolę gorąco niż zimno, ale jednak mózg pracuje tak powoli i tak opornie, że najchętniej leżałoby się z książką na kocu cały dzień, i noc też...

Niektórzy mają w upały tak, że odbiera im apetyt. Mnie niestety nie odbiera go nigdy. Latem jest tak dużo do spróbowania, że lodówka stale wypchana, owoców pełno, marzą się coraz to nowe kombinacje warzyw. Co robić, trzeba jeść. Martwy sezon zacznie się niedługo, więc trzeba to robić na zapas;-)

Pozostaję jednak w obszarze lekkiej diety. Sałatka, bardzo orzeźwiająca zresztą, pochodzi i książki "Sałatki. 108 najlepszych sposobów", to prawdziwa skarbnica dobrych pomysłów, polecam.

Sałatka z serem pleśniowym i tuńczykiem



Składniki:
sałata lodowa (mała główka lub pół dużej)
zielona papryka
zielony ogórek
2 pomidory
ser pleśniowy (np. Lazur)
puszka tuńczyka w zalewie
kilka czarnych oliwek

3 gałązki tymianku
kilka listków mięty
sok z pół cytryny
sól, pieprz
3 łyżki oliwy

Przygotowanie:
Sałatę, paprykę, ogórek, pomidory i ser pokroić w kostkę. Tuńczyka osączyć z zalewy. Wszystkie składniki wymieszać.

W soku z cytryny rozpuścić szczyptę soli i pieprzu, dodać listki tymianku i mięty, wlać oliwę i mieszać, aż powstanie aksamitna emulsja. Sałatkę polać sosem i wymieszać.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Próba generalna



Kupiłam nowy aparat - przyznam się, że miało to miejsce ze 3 miesiące temu - ale nie mogłam się do niego zabrać. Mam tak niestety ze wszelkimi sprzętami, telefonami, robotami kuchennymi i innymi cudami techniki, że zanim je pokocham, najpierw mnie odstręczają. Nawet nie chodzi o to, że jestem jakąś technologiczną kaleką, nie ma z tym problemu, chodzi raczej o fakt oswojenia się z czymś, wgryzienia i mojego braku cierpliwości do tego... no dobra, może też winę ponosi moje lenistwo.
W każdym razie kupiłam nowy aparat, już go rozpracowałam, mniej więcej, i zaczęłam robić nim zdjęcia. Jak dla mnie różnica jest kolosalna, nawet gdy robi się 'na automacie'. Oczywiście będą się jeszcze pojawiały zdjęcia zrobione starym sprzętem, bo mam ich jeszcze pewien zapas, ale wszystkie nowe dania będą fotografowane Nikonem. Przyznam, że stojąc z nim w ręku, czuję się bardzo profesjonalnie;-)

To tarta, którą jako pierwszą fotografowałam tym sprzętem. Zwykle robię ciasto według przepisu tego tu, ale tym razem spróbowałam innego, z bloga Liski, który zawiera 2 żółtka. Nie wiem czy wyszło lepsze, po prostu wyszło inne, przyjemna odmiana.

Tarta z pomidorkami cherry



Składniki:
Na ciasto:
200 g mąki pszennej
100 g masła
1 łyżeczka soli
2 żółtka
2-3 łyżki wody

Na wypełnienie:
opakowanie pomidorków cherry
czarne oliwki
1/2 kubka śmietany 18%
2 białka i 1 duże jajko
100 gr sera pleśniowego perłowego
kulka mozzarelli
kawałek parmezanu
sól, pieprz, tymianek, oregano, świeża bazylia
oliwa truflowa

Przygotowanie:
Połączyć składniki ciasta, oprócz wody. Tę dolewamy pojedynczo łyżkami w trakcie zagniatania ciasta. Zawinąć je w folię i schować do lodówki na 30 minut. Następnie wylepić nim formę do tarty, wyłożyć ją papierem do pieczenia, obciążyć fasolą i zapiekać w piekarniku 20 minut przy temp. 190 stopni.

W międzyczasie przygotować nadzienie. Śmietanę wymieszać z jajami, wkruszyć do niej ser pleśniowy, dodać zioła i przyprawy. Wylać masę na podpieczony spód tarty. Poukładać gęsto pokrojone na pół pomidorki cherry, posypać pokrojonymi oliwkami. Posypać parmezanem startym w płatki i poukładać jeszcze porwaną na kawałki mozzarellę. Na wierzchu ułożyć trochę świeżej bazylii. Polać całość kilkoma kroplami oliwy truflowej dla smaku.
Zapiekać 30 minut w temp. 190 stopni aż ser na wierzchu zamieni się w złotą skorupkę.

Gorąco polecam tę tartę, jest przepyszna.