Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia włoska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 października 2011

Zamiast weekendu w Mediolanie



Ostatnimi czasy wyspecjalizowałam się chyba w traceniu okazji na ciekawy weekend. Jakoś mi w tym roku nie po drodze z wyjazdami. Miałam już jechać do Pragi, Londynu, Wiednia, Budapesztu, a ostatnio ciągnął mnie ktoś do Mediolanu, i zawsze coś stanęło na przeszkodzie. Winne rzeczy martwe i ożywione...

No więc trybem nagrody pocieszenia, chociaż sobie pojem, czekając na lepsze czasy. A ryb jem ostatnio za mało, chociaż u mnie w pracy co tydzień w piątek rybny tydzień. Nie ufam jednak takim hurtowym zakupom. Jedyny plus tego, że teraz będzie zimno, to szansa, że będę mogła donieść z rybnego na Placu Szembeka ryby, które nie śmierdzą na pół miasta.

Aha, do Łodzi też w ten weekend nie dojadę, chociaż są targi żywności naturalnej, na których rok temu byłam. Jeśli ktoś jest na miejscu, to polecam, świetna impreza!
Klik żeby przeczytać

Dorsz po neapolitańsku



Składniki:
4 filety dorsza
2 kulki mozzarelli
1/2 szkl. sosu pomidorowego
3 ząbki czosnku
kilka czarnych oliwek
sok z cytryny
kieliszek białego wytrawnego wina
sól, pieprz
oregano, świeża bazylia

Przygotowanie:
Rybę umyć, skropić sokiem z cytryny, posypać solą, pieprzem i oregano. Wstawić do lodówki na godzinę.

Posmarować oliwą naczynie żaroodporne i ułożyć w nim rybę z rozgniecionym czosnkiem. Piec 25 min. w 180 st.

Zmieszać wino z sosem pomidorowym, polać upieczoną rybę, posypać oliwkami, przykryć naczynie folią aluminiową i piec jeszcze 10 min. Na koniec posypać pokrojoną w cienkie paski mozzarellą i bazylią, chwilę zapiekać, aż ser się stopi.

sobota, 24 września 2011

Bazyliowe poduszeczki



Jeśli Tessa Capponi-Borawska mówi, że coś jest dobre, to ja nie zamierzam się spierać. Zazdroszczę jej tej wiedzy, tych smaków które próbowała i swobody z jaką podchodzi do życia i przyjemności.
Jeszcze mieszkając w lodzi, wyobrażałam sobie, że w Warszawie zacznę chodzić na jej wykłady z kultury Włoch, tak na zaostrzenie apetytu. Dotąd tego nie zrobiłam, ale jej opowieści z małych włoskich miasteczek i przepisy, które podaje należą do moich ulubionych. Tak sobie wyobrażam sjestę, we włoskim stylu.


Bazyliowe poduszeczki Tessy Capponi-Borawskiej





Składniki:
ciasto francuskie
pęczek bazylii
mozzarella (lub parmezan)
sól, pieprz

Przygotowanie:
Ciasto przekroić na pół. Pierwszy kawałek ułożyć na blasze wyściełanej papierem. Na cieście położyć listki bazylii (im więcej, tym lepiej) i kawałki mozzarelli. Przyprawić solą i pieprzem. Przykryć drugim kawałkiem ciasta, zwilżając brzegi, aby się dobrze skleiły. Piec 30 min. w 200 st. Pokroić na kawałki.

Czy może być coś prostszego?

środa, 17 sierpnia 2011

Zupa z kurkami na sposób włoski




Słaba jestem w zbieraniu grzybów. Raczej boję się sama zbierać, boje się nawet kupować od przypadkowych osób, bo nawet gdyby mnie walnięto w głowę trującym grzybem, pewnie nie zorientowałabym się.
Dlatego kurki traktuję jako opcję dla laików. Są tak charakterystyczne, że trudno się pomylić. Nie ma z nimi dużo zachodu, dają wspaniały smak i zapach, i świetnie zestawiają się z różnymi orientalnymi smakami. Dziś nowa zupa, kurki zestawione z suszonymi pomidorami i koprem włoskim. Może wydaje się to zaskakujące, ale w smaku jest jak dla siebie stworzone.

PS: Niedługo wybieram się na ekologiczny targ w fabryce Norblina. Jak nie zapomnę aparatu, udokumentuję.

Zupa z kurkami na sposób włoski




Składniki:
250 gr kurek, oskrobanych i z odciętymi końcówkami
5 gałązek selera naciowego
2 marchewki
1 pietruszka średniej wielkości
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
1 bulwa kopru włoskiego
pół słoika pomidorów suszonych w zalewie
litr bulionu grzybowego
kubeczek kremówki 30%
natka pietruszki
sól, pieprz

Przygotowanie:
Warzywa kroimy w plasterki, koper siekamy jak kapustę, cebulę w piórka, czosnek w plasterki. Podsmażamy kilka minut na oliwie - ja użyłam tej z pomidorów.
Dodajemy oczyszczone kurki i jeszcze smażymy kilka minut. Zalewamy bulionem, dodajemy suszone pomidory, gdy bulion zawrze i gotujemy 20-30 minut, aż warzywa i grzyby będą miękkie.
Odlewamy trochę zupy do garnuszka i mieszamy ze śmietaną - zabielamy zupę. Doprawiamy do smaku, posypujemy pietruszką i podajemy.

Fajny, grzybowo-cytrynowy smak zupy, polecam.

sobota, 2 lipca 2011

Tarta ze szpinakiem i pomidorkami cherry



Przezabawnie wygląda jak komuś drga powieka albo mięsień przy ustach. Mnie drga tak już od kilku tygodni, co jest oczywiście spowodowane brakiem magnezu w organizmie. Taki w tabletkach łykam już od jakiegoś czasu, ale zanim się porządnie wchłonie dokładam do pieca magnezem z natury.

Szpinak jest tu oczywiście niezastąpiony. Sporo moich znajomych nawet w sezonie kupuje szpinak mrożony, bo nie mogą go dobrze wypłukać, bo nie radzą sobie z wodą którą puszczają liście w trakcie duszenia.

Słaba to wymówka, bo na własne życzenie pozbawiają się wielkiej przyjemności. Świeży szpinak nie umywa się do mrożonego, nawet w brykiecie. Swego czasu też miałam problem z płukaniem, nawet po 3-krotnym strzelało w zębach.

Teraz po prostu wrzucam szpinak do brodzika i każdy liść przepłukuję prysznicem. Jest czysto.

Zapraszam na tartę:)

Tarta ze świeżym szpinakiem i pomidorkami cherry



Składniki:
1 i 1/4 szklanki mąki pszennej
100 g masła
1 łyżeczka soli
2 żółtka
2-3 łyżki wody
300 gram świeżego szpinaku
2 ząbki czosnku
2 łyżki masła
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
8 pomidorków koktajlowych
kulka mozzareli
garść liści bazylii
łyżka oliwy aromatyzowanej bazylią
Zalewa:
pół kubeczka gęstej śmietany 18%
2 białka i 1 jajko
garść startego cheddaru lub goudy

Przygotowanie:
Przesiewamy mąkę - robimy w niej dołek, wlewamy żółtka. Podsypujemy solą, i zagniatamy dodając po trochu wody, żeby połączyć składniki. Zagniatamy szybko i krótko - ciasto ma pozostać kruche. Zawijamy je w folię i na 30 minut wkładamy do lodówki.
W międzyczasie dusimy na maśle szpinak z 2 ząbkami czosnku, solą i gałką muszkatołową. Odparowujemy lub odlewamy wodę.

Formę do tarty wylepiamy ciastem, obkładamy papierem do pieczenia, obciążamy fasolą i zapiekamy w 180 stopniach przez 15-20 minut. Potem spód ma ostygnąć przez 30 minut.

Rozkładamy na nim po półgodzinie szpinak, całe pomidorki, zalewamy masą jajeczno-śmietanową z serem żółtym startym na dużych oczkach. Obkładamy wszystko porwaną kulką mozzarelli, liśćmi bazylii, skrapiamy oliwą i zapiekamy jakieś 25 minut w 180 stopniach, póki wierzch nie będzie złoty.

Po wyjęciu tarty z piekarnika, powściągnijmy jeszcze na chwilę łakomstwo i odczekajmy 10 minut aż środek się skonsoliduje.

czwartek, 23 czerwca 2011

Szparagi i risotto


Bea ma rację. Szparagi już się kończą. Zielone idą w górę jak szalone, białe za to już chyba straciły zainteresowanie sobą, bo niedawno kupiłam pęczek za 2,50 zł! I nikt jakoś się na nie nie rzucał. Dzisiejszą potrawę robiłam już kilka dni temu, więc podaję z małym opóźnieniem.
Gdy to piszę, w piekarniku piecze się z kolei tarta z zielonymi szparagami i łososiem - ja właśnie po długiej wyciecze do Zoo ledwo miałam siłę by ją skończyć. Zaliczyłam pokazową walkę goryli, wyglądało to super groźnie, i bardzo pierwotnie. Patrzy się na takie potężne, masywne zwierzęta, spogląda im w oczy i nagle zdajemy sobie sprawę, że wcale nie tak wiele nas dzieli. Te ruchy, to spojrzenie, czasem wyglądało to niepokojąco 'po ludzku'. Nawet to 'puszenie się' dwóch samców przed sobą wyglądało znajomo...

Wracając do risotta...
Pomysł powstał na szybko. Były szparagi, był koper włoski. Czemu ich nie połączyć? Wykończenia nadawała cudowna sól z Cypru w płatkach. Używa się jej nie przy gotowaniu, tylko tuż przed podaniem, dość oszczędnie. Jej przydymiony, lekko może orzechowy smak dawał potrawie zupełnie nowy smak. Sól z Cypru jest czarna, bo zbierano ją w miejscach, gdzie łączyła się z węglem. A aktywowany węgiel dodawany do soli ma właściwości odtruwające, oczyszczające organizm i dobrze wpływa na przemianę materii.

Risotto z koprem włoskim i szparagami



Składniki:
Pęczek białych szparagów, obranych i pokrojonych w 3 cm. kawałki
Bulwa kopru włoskiego posiekanego w słupki
200 gram ryżu do risotto lub parabolicznego
lampka białego wina
2 ząbki czosnku
duża biała cebula
trochę koperku
kilka ziaren kopru włoskiego
szczypta szafranu
dodałam tez odrobinę kolendry mielonej i to był dla mnie dobry pomysł
sól czarna w płatkach
ok. 1/2 litra bulionu
kilka łyżek śmietany 18%

Przygotowanie:
Na oliwę w woku wrzucamy pokrojony w plasterki czosnek i posiekaną w kostkę cebulę. Smażymy chwilę, dodajemy koper włoski. Po chwili smażenia wrzucamy suchy ryż i czekamy aż się zasmaży. Wlewamy wino i czekamy aż odparuje. Potem zalewamy ryż bulionem (w partiach i dolewamy gdy będzie wchłaniał płyn). Dosypujemy szafran i kolendrę. Często mieszamy risotto. Po 5 minutach dodajemy szparagi i dalej smażymy jakieś 10 minut. Gdy ryż i szparagi będą miękkie, dodajemy trochę koperku i kilka łyżek śmietany co nada risotto kleistą konsystencję, gdy użyliśmy ryżu parabolicznego. W przypadku arborio nie jest to konieczne.
Wykładamy na talerze i posypujemy czarną solą.

Nie ejst to typowe risotto, raczej luźna inspiracja, ale raz na jakiś czas można sobie chyba na taką profanację pozwolić?

środa, 6 kwietnia 2011

Pierwszy posiłek skazańca



Przeprowadzona, przeniesiona - czy zadomowiona? Chyba jeszcze na to za wcześnie, ale liczę, że z czasem się przyzwyczaję. Na razie moja biedna Frida wyje pod drzwiami, nie daje mi spać po nocach, bo czeka aż wrócimy na stare miejsce. Jak wytłumaczyć kotu, że nie wrócimy?

Wypakowałam już wszystkie rzeczy, ale dalej nie do końca potrafię się odnaleźć. Okazuje się, że kluczowe dla bycia w danym miejscu jest posiadanie swoich sklepów, małych miejsc, gdzie chodzi się po warzywa, ulubione ciastka, gdzie kupuje się gazety i zamieni dwa słowa z zaspaną sprzedawczynią... na razie takich miejsc nie mam, w najbliższej okolicy chyba w ogóle brak małych sklepików. Brak mojej ulubionej piekarni:(

Trudno połapać mi się w kuchni, którą nie ja projektowałam, szafki więc są zrobione nie po mojemu, co utrudnia mi ruchy w kuchni. W tej dawnej miałam opracowany sposób działania, to gdzie co kładłam a teraz wykonuję mnóstwo niepotrzebnych kroków. Jednym słowem, trzeba jeszcze czasu. Dlatego na razie nie mam wielkiej ochoty na gotowanie, bo nie idzie mi tu jeszcze sprawnie. Jednak po długim, przymusowym przegłodzeniu, mam chęć prawie na wszystko, aż strach iść do sklepu, bo mam chęć kupić wszystko.

Przy okazji, nie wiem czy czytaliście w "Przekroju" z zeszłego tygodnia tekst o kuchni przyszłości? Za kilkanaście, lub kilkadziesiąt lat - ale raczej to pierwsze, będzie można zamówić w restauracjach jedzenie drukowane cyfrowo. Na przykład na płachtach złożonych razem będzie można wydrukować pastę rybną, wasabi i masę ryżową i zjeść takie 'nowoczesne' sushi. Będą ciastka, które zaprojektujemy sami, podamy składniki a maszyna zamiesza, uformuje, upiecze i poda nam gotowe. Szczytem szczytów wydała mi się jednak tabletka złożona ze składników odżywczych, która mogłaby nasycić nas na długie tygodnie. Owszem, rozwiąże to problem głodu, modyfikowanej genetycznie żywności i być może kiedyś przemysłowo hodowanych zwierząt. Ale czy naprawdę chcemy pozbawiać się przyjemności z jedzenia, smakowania, delektowania się jedzeniem? Samo przygotowanie jest przecież częścią tego rytuału! Jakoś nie podzielam zachwytu nad kuchnią molekularną, a te pomysły są dla mnie drogą ku totalnemu odczłowieczeniu, zaprzeczeniu życiu zgodnie z naturą, nawet jeśli ich celem jest chronienie jej przed ogołoceniem przez krwiożerczego człowieka.

Tak sobie myślałam właśnie krojąc cukinię na sos, za nic nie dałabym sobie odebrać tej przyjemności...




Makaron z cukinią i suszonymi pomidorami


Składniki:
1 średnia cukinia
ok. 6 suszonych pomidorów
papryczka chili lub suszone krążki chili
3 ząbki czosnku
kilka łyżek oliwy z oliwek
tymianek, bazylia, oregano
ew.krewetki
porcja makaronu spaghetti lub innego typu

Przygotowanie:
Ząbki czosnku kroimy w plasterki, cukinię w półplasterki, pomidory w kawałki.
Rozgrzewamy patelnię - ja wylewam na nią oliwę z pomidorów i smażę czosnek z chili, potem dorzucam cukinię, suszone pomidory i zioła. Smażę ok. 7 minut i podaję z ugotowanym al dente makaronem. Czasami, dodaję do sosu rozmrożone krewetki.
Tylko tyle, a jaka przyjemność!

niedziela, 16 stycznia 2011

Za Włochy!



I minął rok. Pamiętam jak robiłam pizzę na poprzedni Międzynarodowy Dzień Kuchni Włoskiej (wypada jutro, 17 stycznia), i wydaje mi się, że to było wczoraj.

Kuchnia włoska jest o tyle fajna, że zawsze każdemu przypasuje. Nie znam nikogo, kto by nie lubił pizzy, pasty czy risotta. A już szczególnie dobrze pizza wchodzi w tzw. 'dzień po'. Wśród moich znajomych zaczynają się powoli obchody 30. urodzin i są to zwykle imprezy traumatyczne, pełne niewesołych konstatacji i jeszcze gorszych przewidywań na przyszłość. Dochodzenie po tych nocach do siebie niestety nie jest tak szybkie jak jeszcze 10 lat temu, i to także temat niewesoły.
Najlepiej więc te smutki zajeść. A skoro mamy okazję, to wsuwamy focaccię.

Ta pochodzi z przepisu Jamiego Olivera, pięknie wyrasta, można ją sobie odgrzewać następnego dnia i nic na tym nie traci (tylko podgrzewając lepiej ją skropić wodą).

Focaccia wg. Jamiego



Składniki:
400 gr białej mąki chlebowej (użyłam typu 750)
100 gr semoliny
2 łyżki suszonych ziół, bazylia, tymianek, oregano, rozmaryn
1 saszetka suszonych drożdży
1/2 łyżki cukru trzcinowego
1/2 łyżeczki soli
200 ml letniej wody
oliwa z oliwek 'na oko'
opakowanie pomidorków koktajlowych
pół słoika suszonych pomidorów
kulka mozzarelli
pół opakowania fety
garść startego jeszcze jednego gatunku sera, ja miałam goudę, ale może być ser pleśniowy, parmezan, czy jaki lubicie

Przygotowanie:
Do miski wsypujemy obie mąki, sól, zioła i mieszamy. Rozpuszczamy w wodzie cukier i drożdże i odstawiamy na kaloryfer na jakieś 15 minut, aż drożdże ruszą. Robimy w mące dołek. Powoli wlewamy rozczyn, delikatnie już mieszając. Potem mieszamy dokładnie i wyrabiamy ciasto przez ok. 5 minut aż będzie elastyczne. Następnie smarujemy miskę oliwą, kładziemy do niej ciasto, przykrywamy i odstawiamy na ok. godzinę aż wyrośnie. Powinno się powiększyć 2-krotnie. Gdy wyrośnie, odgazowujemy je, uderzając w nie pięściami.

Następnie dużą blachę przykrywamy papierem do pieczenia i kładziemy na nią ciasto, rozciągając je dłońmi w dowolny kształt - moje pokryło prawie całą blachę. Palcami powgniatałam je w różnych miejscach, żeby powkładać w nie potem pomidorki koktajlowe. Rwiemy mozzarellę na kawałki, łamiemy fetę, ścieramy trzeci ser, kroimy pomidory suszone i układamy wszystko na cieście. Posypujemy ziołami, świeżymi jeśli mamy i skrapiamy oliwą. Odstawiamy na jeszcze 20 minut w ciepłe miejsce do ponownego wyrośnięcia.

Wstawiamy do nagrzanego do 220 stopni piekarnika i pieczemy jakieś 20-25 minut. Wierzch powinien się zrumienić a wnętrze będzie wysokie i mięciutkie.


Źródło: Kuchnia

sobota, 4 września 2010

Po wycieczce na targ


W końcu jakaś odmiana! Zaczynałam się już zastanawiać czy powinnam zarządzić u siebie sezonową zmianę obuwia (a u mnie to poważne pół dnia spędzone na myciu, znoszeniu i wnoszeniu pudeł z piwnicy, nie jakieś tam hop siup). Trochę słońca z rana i już jestem gotowa uwierzyć, że zima nie pojawi się w przyszłym tygodniu.

Sobotnie przedpołudnie - wycieczka na Plac Barlickiego, niegdyś legendarne miejsce handlu, wszelkich podejrzanych gesheftów i innych interesów wagi muszej. Dziś po dawnym handlowisku nie ma prawie śladu, zastąpiła je nowoczesna hala z alejkami, wc i klimatyzacją. Rozumiem, że kupcom wygodniej, kupującym pewnie też, ale klimat już nie ten. Co prawda gdzieś z boku stał, jakby z powojnia przeniesiony, zespół zawianych panów ubranych mocno retro, grający na harmoszce i akordeonie "Siekiera, motyka...", ale pasowali tam jak pięść do nosa niestety. Szkoda, że takie dawne targowiska umierają. Wiadomo, że postępowi nie da się oprzeć, tym bardziej w centrum miasta, ale jednak jakoś żal. Bo to jednak nie to samo, że się tak powtórzę...

Nie wybrałam się na zakupy specjalnie, miałam pewien interes w okolicy, ale skoro już mnie tam los zarzucił, postanowiłam poszukać baraniny, którą podobno można na 'barlickim' kupić. O takich dziwach nikt tu nie słyszał, miałam wrażenie, że równie dobrze mogłam się pytać o szynkę serrano - reakcja byłaby ta sama.
Udało mi się za to upolować za bezcen koszyk kurek i dopaść sprzedawcę, który miał mnóstwo różnych odmian pomidorów. Nabrałam po jednym z kilku rodzajów i miałam pomysł na szybki obiad.

PS: Kupiłam też ciastka, które nazywają się 'brzydkie, ale dobre', święta racja, jak się okazało;-)


Sałatka obiadowa z pomidorami w oliwie




Składniki:
po jednym pomidorze:
gałązkowy, polny, żółty, malinowy, San Marzano (to te o wyglądzie papryki)
feta z czosnkiem i oliwkami w ziołach i oliwie (Apetina)
pieczone bakłażany w oliwie
200 gr makaronu rurki tri colore
sól, pieprz, tymianek suszony
świeży tymianek i bazylia
kropla octy balsamico

Przygotowanie:
Makaron gotujemy al dente, studzimy. Pomidory (nie sparzać, nie obierać ze skóry) kroimy w duże kawałki, wrzucamy do miski z makaronem. Kroimy odsączone bakłażany na kawałki i wrzucamy do makaronu. Dodajemy fetę, czosnek i oliwki, polewamy wszystko zalewą oliwną - jest aromatyzowana, z ziołami, szkoda ją wyrzucać (podobnie zawsze zostawiam oliwę po pomidorach suszonych i bakłażanach - dodaje smaku).
Przyprawiamy, lekko skrapiamy octem balsamicznym, posypujemy świeżymi ziołami. Dajemy smakom chwilę na przegryzienie i gotowe.

Nie ma chyba nic prostszego, a fantastyczne jest smakowanie w ten sposób pomidorów, z których każdy ma swój charakterystyczny smak, o czym normalnie się zapomina. Wtedy można je czuć w pełni i pożegnać się powoli z latem.

środa, 11 sierpnia 2010

Pesto brokułowe


Ciąg dalszy podróży z Billem Grangerem...
Tym razem jego lekko zmodyfikowana propozycja na szybki obiad. Miało być fettuccine z pesto ze szparagów, ale tych oczywiście dawno nie ma, więc brokuły robią tu za zastępstwo.
Kiedy doda się do tego podsmażony na chrupko bekon lub prosciutto, wychodzi prawdziwa rewelacja.
Zostało mi się trochę pesto, więc domieszałam pasty miso, dodałam trochę cukru i sezamu, i zapiekłam to razem z dorszem w piekarniku - bardzo udana kombinacja. Resztki sosu można też spokojnie użyć do krakersów czy chipsów kukurydzianych, wcześniej mieszając je z ziarnami słonecznika i dyni. Jak widać, to przepis wielofunkcyjny. Ktoś ma jeszcze pomysł jak można by go wykorzystać?


Pesto brokułowe




Składniki:
brokuły
2 ząbki czosnku
50 gram migdałów, obranych i zmiażdżonych
kilka łyżek parmezanu
skórka otarta z 1 cytryny
sok z połówki cytryny, może być też limonka
100 gram bekonu lub prosciutto
oliwa z oliwek
2 łyżki gęstej śmietany
300 gram makaronu fettuccine bądź papardelle

Przygotowanie:
W garnku z osoloną wodą gotujemy brokuły na lekko twardo. Hartujemy je pod zimną wodą, co pozwoli zachować im piękny kolor.Wkładamy je do blendera lub miksera, dodajemy pokrojone na kawałki ząbki czosnku, migdały, parmezan, skórkę z cytryny, śmietanę i powoli ucieramy na niewielkich obrotach. W międzyczasie wlewamy powoli oliwę z oliwek - nie przerywając ucierania. Doprawiamy solą, pieprzem i sokiem z cytryny.
Osobno podsmażamy na chrupko bekon pocięty w paski i odsączamy go na ręczniku papierowym.
Gotowe pesto należy wymieszać z ugotowanym al dente makaronem i posypać bekonowymi chipsami. Można jeszcze udekorować je bazylią lub dodać parmezan, wedle uznania.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Po prostu rozpusta



Łakomstwo - mój główny grzech i jedyna rozpusta, do której się przyznaję. Kuchnia włoska fascynowała mnie co prawda jakiś czas temu, jeszcze zanim zaczęłam prowadzić bloga i fascynacja ta mocno ucichła w moim życiu. Narobiłam się już tych past, pizz i focacci - teraz tylko z rzadka wypróbowuję nowe przepisy, raczej skupiam się już na tych sprawdzonych, delektuję się raczej niż odkrywam nowości.

Na pewno jest to zupełnie inny rodzaj biesiadowania niż przy kuchni tureckiej czy hinduskiej. Jakoś włoskiej można zjeść więcej, gadając w międzyczasie, wspominając, i po chwili przerwy, kładąc kolejną dokładkę na talerz. Aż brzuch boli, aż nie ma już nic na stole. Lazanię każdy robi na swój sposób, jedni dają szpinak, inni nie. Jedni lubią z cukinią, inni tylko z mięsem. Każdy sposób dobry, jednak mnie pasuje ten podany poniżej.

Niedawno jadłam pyszną lazanię w Angelo, w Łodzi - świetne miejsce - do którego na pewno jeszcze wrócę. Prowadzone przez Włocha, który mówi po polsku, prosty wystrój, niezbyt rozbudowane menu, co liczy się na plus, i wielki pokłon za obsługę, dla samego właściciela zresztą. Podobało mi się, że przy stoliku obok siedzieli Włosi, którzy najwyraźniej też doceniali kunszt kucharza.

Lazania



Składniki:
Pół opakowania płatów ciasta do lazanii
20 dag sera żółtego
opakowanie szpinaku mrożonego, najlepiej w brykiecie + łyżka śmietany + jajko
kilka łyżek masła na wierzch lazanii

Sos mięsny:
30 dag mięsa mielonego
30 dag pieczarek
marchew, pietruszka, seler
słoiczek pomidorów w kawałkach
duża cebula
sos pomidorowy w kartonie np: Primo Gusto, który bardzo lubię
ketchup, 1-2 łyżki, bez konserwantów koniecznie
bazylia, oregano, tymianek, po łyżeczce

Sos beszamelowy:
1/4 l. bulionu czosnkowo-majerankowego
1 żółtko
łyżka masła
1-2 łyżki mąki
śmietana 18%
1-2 łyżki drobno startego sera żółtego
sól, kwasek cytrynowy
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

Przygotowanie:
Sos mięsny: Zeszklić cebulę, dodać pieczarki pokrojone w plasterki i usmażyć. Osobno usmażyć mięso mielone, dodać starte warzywa - poddusić. Dodać pieczarki i pomidory. Posypać ziołami, solą i pieprzem. Dodać sos pomidorowy i ketchup. Dusić.

Sos beszamelowy: Śmietanę wymieszać z żółtkiem i serem. Stopić masło, wymieszać z mąką. Zasmażyć - nie rumieniąc, rozprowadzić bulionem. Zagotować, przyprawić solą, odrobiną kwasku cytrynowego i gałki. Wymieszać z przygotowaną śmietaną. Podgrzać, ale nie gotować.

Przygotować szpinak: brykiety rozmrozić na ogniu w rondelku, dodać sól i odrobinę śmietany, wymieszać i dodać całe jajko, mieszać. Odcisnąć zebraną wodę.

Formę posmarować masłem. Kolejno układać:

>1 warstwę makaronu, sos mięsny, szpinak, sos beszamelowy, posypać serem

>2 warstwę makaronu, sos mięsny, szpinak, sos beszamelowy

>3 warstwę makaronu, sos beszamelowy, ser i położyć kawałeczki masła na wierzchu.

Zapiekać w temperaturze 180 stopni przez 40 min.

środa, 26 maja 2010

Obiad niebiański



Jakiś czas temu skończył się Fashion Week a ja nie powiedziałam o bardzo fajnej akcji, która miała wtedy miejsce. Z pozoru szalony pomysł podniebnej degustacji, po chwili okazuje się niebiańsko wręcz nęcić, tych którzy nie mają lęku wysokości.
W dniu otwarcia festiwalu urządzono ucztę o nazwie 'Dinner in the Sky'.
Pomysłodawcami tego byli Belgowie, który jako pierwsi postanowili dostarczyć rozrywki na najwyższym poziomie (pod względem dosłownym i emocjonalnym) znudzonym już różnymi ekstremami ludziom.
Na zawieszonych 50 metrów nad ziemią stole i krzesłach wspartych na kilku dźwigach przygotowuje się kilkudaniowy posiłek. Ludzie mogą obracać się na boki, choć są przypięci do siedzeń specjalną uprzężą gwarantującą bezpieczeństwo. Są kelnerzy, wykwintne dania, świece i rozmowy na wysokim poziomie;-)
Gości zmieści się tylko 22, i są to osoby specjalnie wyselekcjonowane, zaproszenie zdobyć więc niełatwo. To dlatego na łódzkim FW tylko VIP-y mogły znaleźć się w tym szczęśliwym gronie.Imprezę powtarza się co jakiś czas w różnych miastach, m.in. w Dubaju, Las Vegas, a teraz była w Łodzi.
Ja niestety zaproszenia nie dostałam, ale gdybym mogła coś ugotować dla ludzi zaproszonych na taki obiad, mogłby to być...

Risotto z białymi szparagami i krewetkami



Składniki:
pęczek białych szparagów
250 gr krewetek koktajlowych
szklanka białego wytrawnego wina
szklanka ryżu arborio (ponad 200 gr)
szalotka
litr bulionu drobiowego
1/2 szklanki parmezanu
garść natki pietruszki
szczypta szafranu (to mój dodatek)
kilka kropel cytrynowego soku (też moje)
sól, pieprz, oliwa z oliwek

Przygotowanie:
Szalotkę siekamy i smażymy na oliwie. Dodajemy obrane i pokrojone w kawałki 4 -cm szparagi. Smażymy kilka chwil. Wsypujemy surowy ryż i smażymy często mieszając aż zrobi się szklisty. Wtedy wlewamy wino i czekamy aż odparuje. Wlewamy po kilka łyżek bulionu na raz, żeby pokryło ryż, gdy ryz go wchłonie dolewamy dalej bulion i wsypujemy szafran. Cały czas mieszamy bo ryz bardzo łatwo przywiera. Gdy risotto będzie już prawie miękkie wsypujemy mrożone krewetki i dalej gotujemy kilka minut. Na końcu doprawiamy sokiem z cytryny, solą i pieprzem, wsypujemy natkę pietruszki.
Na końcu już po zgaszeniu ognia, wsypujemy ser i 5mieszamy, żeby obkleił ryż. Zostawiamy trochę sera do dekoracji i posypujemy jeszcze wierzch.
Koniecznie podawać z winem, zaostrza smak.

Dodaję przepis do akcji 'Sezon na szparagi' autorstwa Blue Megi

czwartek, 22 kwietnia 2010

Klopsiki z kiełbasek


Jeszcze mieszkając w domu z mamą zbierałam przepisy. Z gazet, telewizji, gdzieś zasłyszane. Odkładane do jakiejś wielkiej teczki.
Książki kucharskie zaczęłam jednak kupować dopiero jak wyprowadziłam się do siebie. Bo jednak dom bez książki kucharskiej to nie dom. Na honorowym miejscu powinna stać taka "Kuchnia Polska", gruba jak cegła, w której są wszystkie przepisy tzw. domowe, które można sobie wymarzyć. Z takiej książki korzysta się potem latami i przekazuje kolejnym pokoleniom.

Tę już mam, kompletuję więc inne. Książki Jamiego Olivera czy Gordona Ramseya to dziś podstawa, jakimś cudem nie mam jednak nic Nigelli, co kiedyś będzie trzeba naprawić. Jak już zacznie się je kupować, nie można przestać. Szuka się po allegro, antykwariatach, na ebayu. Bo właśnie po kilku polskich pozycjach, lub po polsku wydanych, nabiera się apetytu na książki zagraniczne. Polecone przez innych blogerów (jak Bill Granger poznany dzięki Almost Bourdain, którego pierwsza książka po polsku wyjdzie już w czerwcu), lub nawet ich autorstwa, jak Clotilde Dusoulier. Kupuje się książki omawiające konkretną kuchnię, ostatnio szukam dobrej tajskiej, a zaraz potem eseje kulinarne, opowieści z życia kucharzy czy kulinarnych pasjonatów. Polecam szczególnie M.F.K. Fisher czy Julię Child, której "Moje życie we Francji" ukaże się w czerwcu nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Pięknie wydane zdobią półkę i dają pocieszenie. Nie należę do osób, które robią sie głodne po przeglądaniu takiej książki, ja przeciwnie, najadam się nimi. Planuję kolejne posiłki, czuję na języku smak i nie muszę od razu sięgać po batonik.
Jednak sterta przepisów do wypróbowania rośnie, obawiam się, że z tym dożywotnio będę już w niedoczasie.

Tagliatelle carbonara z klopsikami z białej kiełbasy



Przepis pochodzi z, na pewno wielu osobom znanej, "Włoskiej wyprawy Jamiego"

Składniki na 2 osoby:
300 gr. makaronu, ja użyłam tagliatelle ale Jamie polecał jeść z linguine
3 niewielkie białe surowe kiełbaski
100 gr. wędzonego boczku
2 żółtka
pół kubeczka kremówki, jakieś 60 ml
skórka z połówki cytryny
świeżo starty parmezan - 100 gr, u mnie był to jednak ementaler dla ścisłości
natka pietruszki
oliwa, sól, pieprz
łyżka mąki

Przygotowanie:
Natnij flaki kiełbasek i wyciskaj małe kulki obtaczając je lekko w mące - układaj na blacie. Rozgrzej patelnię z oliwą, usmaż kulki na złoty brązowy kolor, dodaj boczek lub pancettę i smaż aż się zrumieni.
W międzyczasie gotuj już makaron według przepisu na opakowaniu.

W misce ubij żółtka z kremówką (może być trzepaczką). Dodaj połowę parmezanu, skórkę z cytryny i pietruszkę - wymieszaj na gładką masę.
Makaron odsącz, zostawiając jednak 1/3 szklanki wody z gotowania.
Wrzuć go z powrotem do garnka, dodaj trochę wody z gotowania i wymieszaj, żeby się nie kleił, dodaj sos, szybko połącz z makaronem. Trzeba to robić sprawnie, jednak nie ma obawy żeby jajko się ścięło w zetknięciu z makaronem. Dodaj kulki mięsne i boczek. Jeśli danie wyda ci się za suche, dolej resztę wody z gotowania.

Posyp resztą startego sera i natką pietruszki. Posyp świeżo zmielonym pieprzem.
Rewelacyjne, bardzo smaczne danie, a kulki z białych kiełbasek od tego czasu stosuję często i do innych potraw.

wtorek, 9 marca 2010

Delikatny smak tagliatelle



Dziś łagodzący podniebienie makaron ze szpinakiem i serem pleśniowym, zanim jednak przepis, kilka refleksji.

Czy widział ktoś nowy program Magdy Gessler "Kuchenne rewolucje"? Niecierpliwie czekałam na premierę, bo lubię jadać na mieście często, i bo niepokoi mnie w jakim stanie są nasze restauracje. A poza tym, lubię też popatrzeć jak ktoś wpada i robi kompletną, że tak powiem 'rozpierduchę', które to zadanie stało się udziałem Magdy Gessler.
Pierwsza rzecz, pozytywnie zaskoczyła mnie sama prowadząca. Choć traktowałam ją zawsze z szacunkiem, bo nie jest łatwo utrzymać na dobrym poziomie kilka restauracji na raz, to jednak nie do końca z sympatią. Drażnił mnie szczebiot pani Magdy, jej barokowość, jej cukierkowość. A tu okazało się, że to kobieta, która potrafi ludźmi potrząsnąć, wyegzekwować swoje polecenia i sporo w niej ognia. Podobał mi się sposób w jaki rozmawiała z ludźmi, bo nie było tu miejsca na rozstawianie ich po kątach, tylko cierpliwe wytykanie błędów, ale cały czas z szacunkiem. Podobało mi się też, że w odpowiednim momencie sama zakasała rękawy i wzięła się do roboty.

Natomiast sama restauracja to już inna kwestia. Takich, jak ta pokazana w 1 odcinku, jest multum, jest większość obawiam się. Obsługa brana z łapanki, która nie ma nie tylko przeszkolenia w obsłudze, ani nie wie co w zasadzie składa się na ich menu, ale nie ma też elementarnych zasad kultury osobistej czy schludnego wyglądu. Z obsługą podobnie jak z toaletą w lokalu, jeśli toaleta brudna, kuchnia brudna. Jeśli ktoś zatrudnił słabą obsługę, raczej nie przykłada się też do doboru personelu kuchennego, a tym samym do jakości naszego jedzenia.
Każdy ma fatalne doświadczenia z pobytu w restauracjach, nawet tych drogich, których pozornie byśmy o to nie podejrzewali. Przykre, ale coraz częściej wycieczka do jakiegoś lokalu kończy się niezadowoleniem, a mała rzecz jak nieostre sztućce może całkiem zepsuć radość z posiłku.

Polskie restauracje mają więc długą drogę do przebycia, zarówno pod względem wystroju, obsługi, jakości potraw i zasad autopromocji. Miejmy więc nadzieję, że właściciele lokali będą gromadnie zasiadali przed ekranem i coś tam do nich trafi. Mnie to się marzy taki trochę inny program kulinarny. Ukryta kamera, niezapowiedziana wizyta w restauracji i wyjątkowo irytujący gość. To by dopiero było ciekawe!

A dziś danie niezwiązane tematycznie z powyższym postem. Po kilku dniach zupy cebulowej, miałam już jednak dość pokrzepiających pokarmów i zdecydowałam się na delikatny makaron z serem pleśniowym, na który przepis znalazłam na opakowaniu makaronu szpinakowego, którego marki niestety nie pamiętam, ale brzmi 'z włoska' z nazwy. Kubki smakowe odpoczywają przy tym daniu, a przy tym jest proste i smaczne.

Makaron tagliatelle z kurczakiem i szpinakiem



Składniki:
400 gr makaronu, najlepiej szpinakowy
450 gr mrożonego szpinaku w brykiecie
pierś kurczaka
2 średnie cebule
2 ząbki czosnku
100 gr sera pleśniowego (Lazur,Rokpol)
szklanka śmietany 18%
łyżka masła
sól,pieprz,gałka muszkatołowa

Przygotowanie:
Makaron ugotować al dente i przelać zimną wodą.W rondlu roztopić masło,dodać szpinak,powoli go zasmażając.Gdy już będzie ciepły, dodać rozgnieciony czosnek,posolić i popieprzyć wedle uznania.Na patelni zrumienić kawałki kurczaka,dodać pokrojoną na półplastry cebulę.Zeszklić,następnie przełożyć do szpinaku,zalać śmietaną i chwilę poddusić. Teraz trzeba dodać makaron i wszystko wymieszać, może więc być konieczne podmienienie garnka, bo danie może nie zmieścić się w rondlu.Do tego dodajemy pokrojony w kostkę ser pleśniowy.Chwilę dusimy aż ser zacznie się roztapiać. Na końcu posypujemy odrobiną gałki muszkatołowej.

A widzicie ten syfon na zdjęciu?! Kto jeszcze pamięta wycieczki po wodę sodową? A potem sodówka z sokiem malinowym... to były czasy...

wtorek, 9 lutego 2010

Pizzowe szaleństwo_2



No i mamy dzisiaj sequel. Nie planowałam wcinać pizzy dwa dni pod rząd, ale ciasto wyrosło tak bardzo, że mało nie wylało mi się przez drzwi wejściowe. Co było robić, trzeba było zagospodarować tę pustą, rozwałkowaną przestrzeń.

Dziś zamieniłam mozzarellę na emmentaler, którego trochę szkoda mi było do pizzy, ale cóż zrobić. Na spód dałam ten sam sos, co tutaj,
na wierzchu ułożyłam plastry sera (to był kawałek 30 dk, jednak połowę starłam na dużych oczkach tarki), pomiędzy nie wcisnęłam salami oraz pokrojone w plasterki zielone oliwki .
Na wierzchu posypałam jeszcze suszoną piri piri i do piekarnika.
Czas i temperatura pieczenia była taka sama jak wczoraj.

Kto się nie załapał, niech żałuje!
Ciasto, które leżało całą noc w cieple jest rzeczywiście o niebo lepsze niż poprzedniego dnia.



poniedziałek, 8 lutego 2010

Święto Pizzy



Jutro Międzynarodowy Dzień Pizzy, więc chyba nie trzeba nikogo namawiać do zjedzenia kawałka. Miło świętować takie tematyczne dni, więc nawet jeśli nie robić swoją, to fajnie wybrać się z danej okazji na pizzę. Tym bardziej, że niektóre pizzerie przygotowały na ten tydzień specjalne promocje.

Tak naprawdę wszystkie te udziwnienia, które można znaleźć w menu polskich pizzerii mogłyby nie istnieć. Podstawowa wersja to pomidory, mozzarella, bazylia i oliwa z oliwek. Niczego więcej nie trzeba - te trzy składniki są idealnym połączeniem.
Ja dopuszczam jeszcze oliwki, zielone pesto na mozzarelli, krewetki czy salami - ale nie naraz oczywiście. Z innych kombinacji chyba wyrosłam, albo po prostu wystarcza mi to, co sprawdzone.

Niektórym wydaje się chyba, że pizza to danie amerykańskie, zresztą nic dziwnego bo w każdym odcinku "Przyjaciół" ktoś szwenda się z trójkątem w dłoni. Tymczasem to danie włoskiej biedoty - tanie, proste i sycące, które do Ameryki trafiło stosunkowo późno, bo dopiero po II wojnie światowej, gdy amerykańscy żołnierze stacjonujący we Włoszech przywieźli ze sobą do kraju pomysł na to rewelacyjne danie.

W podstawowej, neapolitańskiej wersji, pizza to placek z wytrawnego ciasta drożdżowego, posmarowany gęstym sosem pomidorowym, posypany mozarellą i ziołami, pieczony w drewnianym piecu. Posiada nawet certyfikat Komisji Europejskiej jako danie regionalne.

Podstawą dobrej pizzy jest dobrze przygotowane ciasto, które nie może być zbyt cienkie, zbyt suche i zbyt wypieczone. Osiągnięcie tego złotego środka jest jednak właśnie najtrudniejsze i wymaga wiele doświadczenia. Podobno sekretem prawdziwej neapolitańskiej pizzy jest tamtejsza woda, dodawana do ciasta, następnie mozzarella z Kampanii i regionalna oliwa z oliwek do skropienia gotowej pizzy.

Na własnym gruncie możemy jednak spokojnie spróbować przygotować jej odpowiednik.



Pizza neapolitana z czarnymi oliwkami:
(na 2 średnie pizze)

Składniki:
10 gr drożdży świeżych, 5 gr drożdży suszonych
325 ml letniej wody
500 gr mąki do wypieku chleba lub mąki typu „00” (najlepiej La Tua Farina – dostępna w sklepach eko)
1 łyżeczka soli

400 gr pomidorów z puszki
mogą być pomidorki cherry do dekoracji
1 kopiasta łyżeczka suszonego oregano
1 łyżeczka soli
2 łyżki oliwy z oliwek
Szczypta semoliny (gruboziarnista mąka lub drobna kasza otrzymywana z pszenicy twardej (durum), używana do przemysłowej produkcji makaronu lub kuskusu)
kulka mozzarelli, po 125 gr
czarne oliwki
garść świeżej bazylii

Przygotowanie:
Drożdże rozpuść w letniej wodzie, wlej w dołek zrobiony w mące, dosyp soli i wyrabiaj ciasto.

Powinno potrwać to 8-10 minut aż ciasto zrobi się elastyczne i gładkie. Przełóż je do posmarowanej oliwą miski, przykryj ściereczką i jeśli możesz, odstaw na całą noc w ciepłe miejsce, by wyrosło dwukrotnie (moje ciasto stało jednak 2 godziny i wyrosło pięknie).
Ciasto podziel potem na 2 części i ponownie odstaw do wyrośnięcia – powinno ponownie podwoić swoją objętość.

2. Przygotuj sos: wylej pomidory do miseczki i rozgnieć je łyżką czy dłońmi. Dodaj sól, oliwę, oregano.

3. Podgrzej piekarnik do 220 stopni, a nawet do 250 jeśli możesz. Na blasze rozsyp trochę semoliny (semolinę możesz zastąpić kaszą manną lub mąką krupczatką), połóż placek. Posmaruj go sosem pomidorowym, posyp mozzarellą porwaną na kawałki lub pokrojoną w plastry, poukładaj pomidorki cherry, posyp pokrojonymi w plastry czarnymi oliwkami i posyp listkami bazylii (u mnie tej zabrakło bo rośnie mi na parapecie wyjątkowo opornie). Skrop placek oliwą z oliwek.
Piecz około 10-15 minut, w zależności od stopnia nagrzania piekarnika. Bąblujący ser powie ci kiedy należy wyjąć pizzę.
Posyp jeszcze świeżą bazylią, pokrop oliwą i zasiadaj do jedzenia.



Uwaga:
Pamiętaj, że piekarnik musi być maksymalnie rozgrzany, gdy będziesz wsuwać pizzę.

Przepis na tradycyjną neapolitana margherita (bez oliwek i pomidorków cherry) pochodzi z londyńskiej restauracji Caffè Caldesi

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Gotowanie i blogowanie

Wczoraj był tak mroźny dzień, że nie pozostawało nic innego jak tylko zawinąć się pod futrzanym pledem i obejrzeć coś tzw. "życiowego".
Wybór padł na "Julie&Julię", film, który choć miał premierę u nas już kilka miesięcy temu, jakoś mnie ominął. Haniebne, bo za punkt honoru biorę sobie oglądać wszystko, co tylko pojawia sie nowego na ekranie i ma jakąkolwiek wartość.



Spodziewałam się słabego cukrowatego filmidła, a tu niespodzianka. Dobrze znane problemy, dawno przerobione wahania. Bohaterki filmu są dwie, jedna uczy sie gotować (przełom lat 50/60), druga uczy sie prowadzić bloga gotując. Obie szukają sensu życia w kuchni, obie płaczą nad przypaloną potrawą czy źle pokrojoną cebulą. W końcu obie odnoszą sukces okupiony dłońmi z teflonu, kilkoma dodatkowymi kilogramami i lekkim kryzysem życiowym. Nie zdradzę chyba tajnej receptury, jeśli powiem, że żyły potem długo i szczęśliwie.

Pocieszające to w kontekście tego, że mnie się danie nie udało...
Oj, jak długo zbierałam się do zrobienia gnocchi, przeglądałam przepisy i szukałam tego, który mnie zainspiruje ostatecznie do gotowania. Na swoje nieszczęście takiego nie znalazłam, i zabrałam się do gotowania przekonana, że jak połączę 3 różne i zrobię 'na oko', to na pewno wyjdzie. W końcu kluski to nie filozofia trzeciego stopnia!



I dostałam nauczkę. Niby wyszły, szpinakowe, z gałką muszkatołową, serem pleśniowym i nawet mąką gryczaną, czyli wszystkim co powinno się złożyć na rewelacyjne, jedwabiste kluseczki, ale ...
Kluchy wyszły przyciężkie, za bardzo było je czuć mąką a za mało szpinakiem. No dobrze, przyznam się, szpinaku jakimś cudem nie było w ogóle czuć!
Dziś odgrzałam resztę z czosnkiem i suszonymi pomidorami na ziołowej oliwie, ale sytuacja nie uległa poprawie niestety.

Daleko im było do gnocchi z sosem myśliwskim, które jadłam niedawno w Toskanii. I jeszcze żeby katastrofy dopełnić, zdjęcia też wyszły słabe, bo za późno zabrałam sie do roboty i zdjęcia robiłam potem na szybko przy niedoborze światła.

Jednym słowem, porażka. I można sie tylko jeszcze zdołować a la Julie Powell, czy ktoś w ogóle to czyta poza moją mamą?