sobota, 16 stycznia 2010

Pierwszy w życiu chleb!



Tak, w końcu. Chodziłam i chodziłam wokół pomysłu pieczenia chleba, aż w końcu zabrałam się do roboty. Już jakiś czas temu zaczęłam zbierać przepisy na różnego rodzaju chleby, oglądałam książki, czytałam cudze uwagi na ten temat, ale wydawało mi się z jakiegoś powodu, że zrobienie chleba to jakaś szalenie skomplikowana sprawa.

Niektórzy moi znajomi przekonywali mnie do kupna specjalnej maszyny, i nakręcałam się długo na ten zakup. Niestety gdy w końcu wybrałam się na 'poważne oglądanie', okazało się, że taki sprzęt to monstrualna sprawa (ze względu na rozmiar właśnie)a wszystkie bochenki pieczone bezpośrednio w tych urządzeniach, które akurat oglądałam, miałyby dwie dziury od spodu z powodu mieszadeł do ciasta. Nie wiem, jakoś mnie to zniechęciło, choć na pewno dzięki czemuś takiemu nie trzeba się męczyć z wyrabianiem chleba.

Może jeszcze wrócę do tego pomysłu, bo dojrzałam świetną książkę o pieczeniu chleba z automatu. Ma 300 przepisów na dosłownie każdy rodzaj ciasta: ciemne, pszenne, drożdżowe, francuskie i co tylko sobie człowiek wymyśli.

Na pierwszy raz wybrałam specjalnie przepis, który nie wymaga robienia wcześniej zakwasu - wszystko po kolei, przyjdzie na to czas. Wolałam zwiększyć swoje szanse na zakończenie tej operacji zwycięstwem.
Planowałam upiec chleb w zwykłej keksówce, ale choć postępowałam według przepisu, okazało się, że ciasto wyrosło tak bardzo, że nie ma szans je do tej formy wetknąć. Z braku innego prodiżu, musiałam piec je w okrągłej formie do ciasta, przez co wszystko się rozlało i chleb, choć bardzo smaczny, jest wielki jak księżyc i niespecjalnie wysoki. Chociaż z drugiej strony, jest to jakiś pomysł, bo pokrojony w trójkąty fajnie może wyglądać rozłożony na wielkim talerzu i podawany jako zagryzka do sałaty.



Rano, zanim piekłam, wybrałam się na spacer ponad moje siły i oczywiście złapało mnie przeziębienie, więc wieczorem okazało się, że dosłownie w ostatnim momencie przed niemocą zdążyłam... jutro za to pozwolę się porozpieszczać, bo w planach wielki obiad i pyszne bułeczki, na szczęście przygotowywane przy moim minimalnym udziale;-)

Chleb orkiszowy z ziarnami


Składniki:
300 gr. mąki orkiszowej
200 gr. mąki pszennej
szklanka kefiru
1/2 szklanki mleka
1/4 szklanki oliwy
50 gr. świeżych drożdży
szczypta soli
szczypta cukru
1 białko
pestki dyni, ziarna słonecznika, tymianek suszony, kminek

Przygotowanie:
Wymieszać oba rodzaje mąki ze szczyptą soli oraz dynią, słonecznikiem i tymiankiem.
W osobnych garnuszkach podgrzać mleko i oliwę. W mleku rozpuścić drożdże z cukrem. Dodać do suchych składników mleko, oliwę i kefir a potem wyrabiać energicznie aż ciasto zacznie się robić pulchne.
Przełożyć je do miski, przykryć ręcznikiem i postawić na 30 minut w ciepłym miejscu. Potem odkryć i poruszyć, żeby uszło trochę powietrza - podobno to właśnie jest sekret dobrego chleba, żeby wyrósł dwukrotnie. Zakryć ciasto i potrzymać w cieple kolejne 20 minut.
Rękami umoczonymi w ciepłej oliwie uformować bochen chleba i przełożyć go do formy. Powciskać w ciasto jeszcze trochę ziaren, roztrzepać białko i posmarować je na wierzchu, żeby chleb miał spieczoną skórkę i posypać na koniec kminkiem.
Wstawić do nagrzanego do 220 stopni piekarnika i piec 40 minut.



Zapach, jaki rozchodzi sie z piekarnika jest niesamowity! No i chyba coś w tym domowym pieczeniu jest, bo drugiego dnia chleb jest tak samo świeży jak zaraz po upieczeniu. Ponieważ ten mój niekoniecznie nadawał się do kanapek, to podałam go na śniadanie z jajkiem sadzonym i smażonym oscypkiem. Powiedzmy, że solidne, góralskie śniadanie.

Przepis z małą modyfikacją pochodzi z bloga: http://kuchareczka.blox.pl/html

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza